Dziedzictwo krwi – FRAGMENT


Fragment „Dziedzictwa Krwi” J. R. Ward

Nazgul powrócił.
Furiath zamknął oczy i oparł głowę z powrotem o zagłówek
łóżka. Diabła tam – powrócił. Nigdy nie odszedł.
Rani mnie twoja małoduszność, kolego, skarcił go mroczny
głos w jego głowie. Po tym wszystkim, co przeszliśmy razem?
To prawda… wiele przeszli razem.
To nazgul stał za jego wilczym apetytem na czerwony
dymek, on i ten jego głos, mędzący wiecznie o tym, czego
Furiath nie zrobił, co powinien był zrobić, co powinien był
zrobić lepiej.
Ciągle nie tak, ciągle za mało.
I tak w kółko, do urzygu. Prawda się miała zaś tak, że
nazgul, jakby rodem z Władcy Pierścieni, pchnął Furiatha
w objęcia czerwonego dymka, czy raczej dowiózł na tylnym
siedzeniu spętanego jak wieprzka.
Raczej na przednim zderzaku, kolego.
Co prawda, to prawda.
W wyobraźni Furiatha nazgul jawił się nieodmiennie na
tle pobojowiska z kości i czaszek.
Sukinsyn dbał o to, by Furiath ani na chwilę nie zapominał
o swoich niedociągnięciach i porażkach, a jego mono20
tonna tyrada wygłaszana nienagannym brytyjskim akcentem
popychała go do odpalania blanta od blanta, żeby sobie
nie wpakować do ust lufy własnej czterdziestki.
Nie uratowałeś go. Nie uratowałeś ich. To twoja wina… twoja
wina.

Złotą zapalniczką przypalił kolejnego skręta.
Na takich jak on mówiono w Starym Języku zghubny
brah.

Drugi bliźniak, ten zły.
Jego przyjście na świat, trzy minuty po narodzinach
Zbihra, było przekleństwem, które zakłóciło równowagę rodziny.
Dwóch szlachetnie urodzonych, żywych synów to było
zbyt wiele dobrego naraz, zatem nieuchronnie musiało dojść
do wyrównania status quo: nie minęło wiele miesięcy, a starszy
bliźniak został uprowadzony i sprzedany w niewolę, gdzie
przez sto lat był poddawany najwymyślniejszym torturom.
Zezwierzęceniu swojej Posiadaczki zawdzięczał blizny
na twarzy, plecach, nadgarstkach i szyi i jeszcze straszliwsze
obrażenia psychiki.
Furiath wstrząsnął się. Ratując życie Zbihra, niewiele
zdziałał, trzeba było dopiero magii Belli, żeby wskrzesić duszę
bliźniaka. A teraz Bella sama jest w niebezpieczeństwie.
Gdyby umarła…
Wszystko wróciłoby do normy. W następnym pokoleniu równowaga
zostałaby przywrócona, wciął się nazgul. Naprawdę jesteś
pewien, że to właśnie twój bliźniak zasługuje na błogosławieństwo
żywych narodzin? A może ty mógłbyś płodzić młode za młodym?
A gdybyś tak jeszcze, przy okazji, zakosił mu jego krwiczkę?

Furiath złapał pilot i pogłośnił Che gelida manina.
Nic z tego. Nazgul też lubił Pucciniego. Wymachując
jak wiatrak długimi ramionami, ruszył tanecznym krokiem
po pobojowisku, depcząc z chrzęstem kości zmarłych. Jego
czarna wystrzępiona szata rozwiewała się jak grzywa znarowionego
ogiera. Na zlewającym się z horyzontem szarym
rumowisku nazgul wirował, zanosząc się śmiechem.

Jeszcze. Chwila. A. Oszaleje.
Furiath, nie odwracając głowy, sięgnął po leżącą na nocnym
stoliku torbę czerwonego dymka i bibułki. Trafiał na
pamięć, jak królik do swojej jamy.
Kiedy nazgul zaczął podrygiwać w rytm arii z Carmen,
Furiath, pykając blanta, rolował już na zapas dwa tłuste gibony
– dwóch sprzymierzeńców, którzy mieli zapewnić jego
nałogowi ciągłość. Dym, który wypuszczał z ust, pachniał
kawą i czekoladą, jednak byłby gotów wyjarać oponę, byle
zagłuszyć nazgula.
Doszedł już do takiego stanu ducha, że bez wahania kurzyłby
zgniłe obierki z dna kubła na śmieci, gdyby gwarantowało
mu to parę chwil spokoju.
Czyżby nasz związek zaczął się rozpadać?, zadrwił nazgul.
Furiath skupił wzrok na rysunku, który szkicował od
pół godziny. Rzucił okiem na całość, potem zanurzył piórko
w srebrnym, rozchybotanym kałamarzu, który trzymał
na materacu, przy nodze. Oleisty połysk tuszu przypominał
krew wrogów jego rasy, reduktorów.
Jednak na papierze tusz nabierał odcienia ciemnej rdzy,
dalekiej od złowieszczej czerni.
Co więcej, rudy odcień tuszu dokładnie odpowiadał barwie
jaśniejszych pasemek w mahoniowych włosach Belli,
którą właśnie szkicował z pamięci.
Starannie wycieniował perfekcyjny kontur jej nosa, nakładając
siateczkę delikatnych linii.
Rysowanie piórkiem przypominało życie: Jeden nieostrożny
ruch i po wszystkim.
Psiakość, oko Belli nie za bardzo mu wyszło.
Uważając, żeby nie zamazać nadgarstkiem świeżego tuszu,
próbował pogłębić łuk dolnej powieki. Mimo kolejnych
zgrabnych kresek na papierze czerpanym, oko wciąż nie
chciało przypominać oka Belli.
Porażka, zważywszy na to, ile czasu w ciągu ostatnich
ośmiu miesięcy strawił na szkicowaniu Belli.

Nazgul nie przepuścił okazji, by palnąć mówkę, że to, co
Furiath robi, jest niestosowne. Kto to widział zabawiać się rysowaniem
ciężarnej krwiczki brata bliźniaka. Oj, nieładnie, kolego.
Tylko skończony świntuch podkręca się samicą rodzonego brata.
Na pewno świetnie się z tym czujesz…

Czy nazgul zawsze musi gadać z tym brytyjskim akcentem?
Furiath wykonał kolejne pociągnięcie piórkiem i przekrzywił
głowę, sprawdzając, czy nie pomoże zmiana kąta
widzenia. Niestety. Wciąż do dupy, podobnie zresztą, jak
włosy. Na rysunku ciemne, długie włosy Belli były upięte
w kok, a jej policzki okalały pejsy. W rzeczywistości Bella
zawsze nosiła włosy rozpuszczone.
Mimo wszystko była jednak czarująca, a reszta jej twarzy
była taka sama jak na wszystkich portretach. Pełne miłości
spojrzenie kierowała w prawo, rzęsy miała podwinięte, w jej
oczach czuło się ciepło i oddanie.
Zbihr siadał w jadalni zawsze po jej prawej stronie, by
w razie czego swobodnie móc wydobyć broń.
Furiath pilnował, żeby na rysunkach Bella nie patrzyła
na niego, zresztą w prawdziwym życiu nigdy nie przyciągał
jej spojrzenia. Kochała się w jego bliźniaku, co go cieszyło,
choć pragnął jej całym sercem.
Portret ukazywał Bellę od czubka koka aż do ramion.
Nigdy nie rysował jej powiększającego się brzucha. Ciężarnych
samic nie rysowało się od piersi w dół, żeby nie wywołać
wilka z lasu. Samice często umierały w połogu, co
spędzało Furiathowi sen z powiek.
Leciutko pogładził portret Belli, starając się nie dotknąć
nosa, na którym tusz jeszcze nie zasechł. Była śliczna,
chociaż jej oku wciąż było daleko do ideału, fryzurę miała
zmyśloną, a usta nie tak pełne, jak w rzeczywistości.
Portret skończony. Pora wziąć się za następny.
Jeszcze tylko pęd bluszczu na ramieniu Belli. Pierwszy
liść, giętka łodyga, następne liście, coraz więcej liści… pną23
cze powoli zakrywało szyję i podbródek Belli, wspinając się
na usta, anektując policzki…
Raz po raz zanurzał piórko w kałamarzu. Bluszcz stopniowo
pochłaniał Bellę, kamuflując jej podobiznę, którą nakreślił
w swym samczym, grzesznym zapamiętaniu.
Najtrudniej było zamalować nos. Odkładał to zawsze na
sam koniec, bo czuł, że się dusi.
Po pokryciu całego rysunku bluszczem, zmiął kartkę
i cisnął przez pokój do mosiężnego kosza na śmieci.
Jaki to miesiąc? Sierpień? Tak, sierpień, co by znaczyło,
że… miała przed sobą jeszcze cały rok ciąży, o ile uda jej się
donosić. Jak wiele samic przed nią, polegiwała już z obawy
przed przedwczesnym porodem.
Skiepował blanta i sięgnął po następnego, ale okazało
się, że tamte dwa, które przygotował przed chwilą, nie wiedzieć
kiedy poszły z dymem.
Wyprostował swoją zdrową nogę i odłożył na bok deskę
do rysowania. Sięgnął po pakiet pierwszej pomocy: przezroczystą
torebkę z czerwonym dymkiem, paczuszkę bibułek
i masywną złotą zapalniczkę. Błyskawicznie zrolował świeżutkiego
skręta. Zaciągając się, zerknął na poziom zioła.
Cienko. Cieniutko.
Na szczęście stalowe żaluzje zaczęły już podjeżdżać
w górę. Zapadła noc, której największym urokiem był brak
słońca. Rezydencja Bractwa mogła się wreszcie rozhermetyzować,
a on… udać się do Mordha. Do dilera.
Wyprostował drugą nogę – tę bez łydki i stopy – i sięgnął
po protezę. Przypiął ją pod prawym kolanem i wstał.
Był ostro nastukany i poruszał się jak mucha w smole. Do
okna miał chyba z kilometr, co mu nie przeszkadzało, bo
świat widział przez miłą mgłę. Wydawało mu się, że unosi
się w powietrzu. W rzeczywistości szedł na golasa przez
pokój.
Ogród w dole był skąpany w poświacie z werandowych
okien biblioteki.

To był wzorowy ogród na tyłach. Kwiaty tryskające zdrowiem,
w sadzie jabłonie i grusze, wygrabione ścieżki, równo
przystrzyżony żywopłot.
W niczym nie przypominał ogrodu w domu jego dzieciństwa.
Tuż pod oknem kwitły bujnie róże herbaciane, dumnie
wznosząc mieniące się wszelkimi odcieniami pąki na
ciernistych łodygach. Jego myśli poszybowały ku innej samicy.
Wziął kolejnego bucha i pomyślał o tej, którą miał święte
prawo rysować… Z którą prawo i obyczaj nakazywały nie
poprzestawać na szkicowaniu.
Z Wybranką Cormią. Jego pierwszą partnerką.
Pierwszą z czterdziestu.
Jasny gwint. Jak doszło do tego, że został Najsamcem
Wybranek?
A nie mówiłem?, wstrzelił się zgrabnie nazgul. Będziesz miał
dzieci na pęczki, a każde z nich będzie miało przyjemność pochodzić
od ojca, którego jedynym osiągnięciem jest dawanie dupy na każdym
odcinku.

Słuchał tego niechętnie, ale nie mógł odmówić nazgulowi
racji. Nie odbył z Cormią godów, jak nakazuje obyczaj.
Nie złożył przełożonej Wybranek wizyty po Tamtej Stronie.
Nie poznał trzydziestu dziewięciu samic, które powinien
przelecieć gwoli zapłodnienia.
Zaciągnął się mocniej, a wyrzuty sumienia bombardowały
go jak grad rozpalonych kamieni odpalanych celną dłonią
nazgula. Ten to miał wprawę.
Rzecz w tym, kolego, że jesteś łatwym celem i tyle.
Cormia przynajmniej protestowała przeciwko swojemu
przydziałowi obowiązków. Nie miała najmniejszej ochoty
zostawać jego pierwszą partnerką, zmuszono ją do tego na
siłę. W dniu rytuału miała zostać przywiązana za ręce i nogi
do łoża obrzędowego jak jakieś zwierzę, a on miał sobie pofolgować.
Brr.

Na jej widok natychmiast przerzucił się na tryb awaryjny
– miłosiernego samarytanina. Przywiózł ją do rezydencji
Bractwa Czarnego Sztyletu i zainstalował w pokoju przylegającym
do jego sypialni. Tradycja tradycją, ale nie zamierzał
brać jej na siłę. Liczył na to, że jeśli będą mieli trochę
czasu i przestrzeni, żeby się poznać, pójdzie im lepiej.
Nic z tego. Cormia zadowalała się własnym towarzystwem,
a on po staremu toczył codzienną walkę, żeby nie
zapaść się w sobie. Przez pięć miesięcy nie przybliżyli się
nawet o milimetr ani do siebie nawzajem, ani do łóżka. Cormia
rzadko się odzywała i schodziła na dół tylko na posiłki.
Wychodziła z pokoju tylko po książki z biblioteki.
W długiej białej sukni bardziej przypominała pachnący
delikatnie jaśminem cień niźli istotę z krwi i kości.
Najgorsze w tym wszystkim było to, że ten stan rzeczy
zupełnie mu odpowiadał. Sądził, że jest przy zdrowych
zmysłach, kiedy podjął się zostać Najsamcem i zastąpić
Vrhednego w obowiązkach rozpłodowca, ale rzeczywistość
przerosła jego najśmielsze oczekiwania. Czterdzieści samic.
Czter-dzieś-ci.
Cztery, zero.
Tak, musiał być w jakiejś zaćmie, kiedy się ofiarował na
miejsce V. Bogiem a prawdą, podczas jedynej próby utraty
dziewictwa nie spisał się, chociaż oddał się w ręce profesjonalistki.
Niewykluczone jednak, że źródłem jego blokady
był właśnie fakt, że to była kurwa.
No ale do kogo miał się, u diabła, zwrócić? Był dwustuletnim
prawiczkiem, który nie miał o seksie pojęcia. Trudno
mu było sobie jakoś wyobrazić, że dosiada wdzięczną,
delikatną Cormię, kopulacja, ejakulacja, do widzenia i już
gna do sanktuarium Wybranek, użyć sobie jak Bill Paxton
w Trzy na jednego.
Chyba mu odjebało, kiedy się na to zgodził.
Z blantem w ustach otworzył okno. Upojny aromat letniej
nocy wsączył się do pokoju. Róże. Któregoś dnia zastał

Cormię z różą w ręku. Musiała ją wyjąć z bukietu, który
Fritz postawił w saloniku na piętrze. Siedziała, wytwornie
kłoniąc głowę nad wazonem, z lawendowym kwiatem
w smukłych palcach. Wąchała nabrzmiały pąk. Z jej jasnych
włosów, jak zawsze upiętych z tyłu głowy, wysunęło się kilka
delikatnych kosmyków pofalowanych z naturalnością
płatków róży.
Gdy zorientowała się, że na nią patrzy, podskoczyła,
odłożyła różę i wybiegła bezszelestnie, zamykając drzwi za
sobą.
Zdawał sobie sprawę, że nie będzie mógł jej trzymać
bez końca z dala od jej świata i bliskich. Najpierw jednak
musieli odbyć rytualny stosunek, tak jak się zobowiązał,
a Cormia, jakkolwiek początkowo zlękniona, tego właśnie
oczekiwała po nim.
Spojrzał na swoje biurko, na którym leżał masywny złoty
wisior grawerowany antycznymi runami Starego Języka.
Wyglądał jak wielgachne wieczne pióro. Symboliczny naszyjnik
Najsamca był nie tylko kluczem do wszystkich budowli
po Tamtej Stronie, ale również obligował do opieki
nad Wybrankami.
Najsamce – im rasa wampirów zawdzięczała swoją siłę.
Wisior znowu się rozdzwonił. Przełożona Wybranek go
wzywa. Teoretycznie powinien śmignąć do swojego aktualnego
domu, ergo – sanktuarium. Postanowił olać jej monit,
podobnie jak dwa poprzednie.
Nie miał ochoty słuchać w kółko tej samej gadki, jak bardzo
przegiął, migając się przez pięć miesięcy od dopełnienia
rytuału Najsamca.
Biedna Cormia, zapuszkowana w gościnnym pokoju za
ścianą, z dala od swoich siostrzyc, nie ma nawet do kogo
ust otworzyć. Próbował zagaić do niej, ale wpadła w panikę.
Wcale jej się nie dziwił.
Cud, że nie oszalała, godzinami siedząc w samotności.
Przydałby jej się jakiś przyjaciel. Jak każdemu zresztą.

Nie każdy zasłużył sobie na przyjaciół, przyciął mu nazgul.
Odsunął się od okna i ruszył do łazienki wziąć prysznic.
Przystanął przy koszu na śmieci. Zgnieciony w kulę rysunek
tymczasem trochę się rozwinął, odsłaniając gmatwaninę
bluszczu. W pamięci mignął mu zabazgrany portret
Belli z włosami upiętymi w kok i niesfornymi kosmykami
na policzkach. Kosmykami pofalowanymi z naturalnością
płatków róży.
Zadumany wszedł do łazienki. Cormia była czarowna,
ale…
Wszyscy przyjęliby z wdzięcznością, gdybyś jej pragnął, skończył
za niego nazgul. Wobec tego musisz unikać jak ognia tej
opcji, kolego, żeby nie zepsuć swojego wizerunku skończonego nieudacznika.

Furiath podkręcił Pucciniego i puścił prysznic.

Tekst dzięki uprzejmości zaprzyjaźnionej z Nami Kasi Zarebskiej 🙂

Reklamy

3 responses to “Dziedzictwo krwi – FRAGMENT

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: