Opublikowany w Vladerik

Nieprzyjaciel Boga – Bernard Cornwell


Ledwie skończyłem się ślinić nad „Zimowym monarchą”, a w moje wredne rączki wpadł drugi tom trylogii arturiańskiej. Od razu wiedziałem, że nie będzie lekko. Po pierwsze gruczoły ślinowe zaczęły pracować, a po drugie przygoda z poprzednią częścią nauczyła mnie, że w tym konkretnym przypadku nie ma mowy o półśrodkach ze strony czytelnika. Czytanie z doskoku odpada. Dawkowanie sobie przyjemności na przestrzeni tygodnia, dwóch odpada. Na dobrą sprawę spanie też odpada, bo jest to niewątpliwie jedna z tych powieści, przy której pojawia się jakiś niezwykły imperatyw nakazujący siedzieć i czytać. Tak też posłusznie usiadłem i przeczytałem. W jakieś półtora dnia.

„Nieprzyjaciel boga” jest dobry. Bardzo dobry. W zasadzie wszystko czego mogłem sobie zażyczyć względem kontynuacji znalazło odzwierciedlenie w drugim tomie. Rozwinięto najciekawsze wątki, a inne wysunięto niejako na pierwszy plan, dzięki czemu Cornwell zgrabnie uniknął wtórności. Nadal mamy do czynienia z historią Artura, które wszelkimi sposobami próbuje powstrzymać najazd Saksonów, ale zdecydowanie większy nacisk został położony na osobiste wzloty i upadki króla bez korony, okraszone bardzo mocno zarysowanym konfliktem między starymi wierzeniami a Chrześcijaństwem.

Znalazło się miejsce dla kilku ciekawych wątków miłosnych, a także intryg i tragedii. Trudno napisać więcej, nie psując zabawy z uczestniczenia w wycieczce, na którą zabiera Cromwell. Starczy jednak powiedzieć, że Brytania spowita jest w chaosie i autor dołożył starań, by chaos ten nie tylko dobrze ukazać, ale również wykorzystać do granic możliwości. Lancelot pokazuje pazur, choć nadal zza czyichś barków, ażeby przypadkiem nie oberwać. Ginewra snuje swoje własne sieci i to dość misternie, a nasz biedny bohater, Derfel, przestaje być wyłącznie medium służącym pokazaniu poczynań Artura, ale rzeczywiście zyskuje głębi. W kontekście zaś rosnącego konfliktu na tle religijnym mieni się zagadka, która wnet przyćmiewa całą główną oś fabuły. Do diabła z Saksonami ale dlaczego Derfel na starość zrobił się zakonnikiem?! Drobna ciekawostka nakreślona już w „Zimowym monarsze” urasta do rangi tajemnicy, której rozwiązania nie mogę się doczekać.

Co się tyczy jeszcze wspomnianego wątku religijnego, Cornwell nie przebiera w środkach i nie szczędzi nikogo, więc jeśli posiadacie bardzo sztywne ramy dla aspektów religijnych, może się zdarzyć, że „Nieprzyjaciel boga” okaże się jawnym napadem na wasze przekonania. Mi osobiście bardzo taka forma odpowiada i kolejne wydarzenia śledziłem w niekłamanym napięciu. Religia jest tutaj niewątpliwie ważną częścią całości i wydarzenia drugiego tomu mocno się na tym elemencie opierają. To nie znaczy oczywiście, że historia jakoś znacznie odbiega od założeń poprzedniczki. Nad wyspą nadal wisi widmo zagłady ze strony najeźdźcy, tyle tylko, że Cromwell drąży temat nie tylko nacisków zewnętrznych, ale również złożonej sytuacji wewnętrznej.

Nie braknie również magii wszelakiej i tak jak w „Zimowym monarsze” nigdy do końca nie wiadomo czy to czary, czy też tylko wiara w ich istnienia albo sprawna manipulacja ze strony czarujących. Niemniej, czasami odnosiłem wrażenie, że szala odrobinę za mocno przechyliła się na stronę magii, zaburzając równowagę między zdrowym rozsądkiem, a nadzieją w istnienie nadnaturalnej siły sprawczej. Prawda, Cornwell co jakiś czas sam stara się obnażać co bardziej przekonujące manifestacje sił druidów, ale mimo wszystko niektóre rzeczy trudno wytłumaczyć, nie uciekając się do zwięzłego, acz wygodnego: „bo to są czary”. 

Ale, ale, skoro o magii mowa, znaczy jest Merlin! Owszem, jest, i to jeszcze bardziej nietuzinkowy. Co tu dużo mówić, nie przejmuje się nikim, robi swoje i nie szczędzi zjadliwych komentarzy. Bezapelacyjnie moja ulubiona postać z pierwszej książki nabrała starczych rumieńców. Trzeba przyznać, w pewnym sensie Merlin odstaje od pozostałych bohaterów za sprawą swej ekscentryczności, ale również właśnie dzięki jego dziwactwom czytelnikowi bardzo łatwo go zaakceptować, a nawet pokochać kreację jego postaci. Mnie się udało.

„Nieprzyjaciel boga” okazał się być solidnym rozwinięciem historii o królu, który nigdy nie był królem. Poszczególne wątki nabrały wyrazistości i głębi. Bohaterowie zyskali jeszcze więcej ikry, przez co łatwo się z nimi utożsamiać lub, przeciwnie, szczerze ich znielubić. Nade wszystko jednak, Cornwell nie zawiódł i stworzył kawał tekstu, który nie pozwala się nudzić. Ba, o ile tchnięcie odrobiny świeżości w zagadnienie mitologii arturiańskiej od początku uznałem za swego rodzaju wyczyn, autor poszedł o krok dalej i stworzył przekonujący świat, który nie pozwala o sobie zapomnieć. Pozostaje mieć tylko nadzieję, że zwieńczenie trylogii nie zaserwuje zakończenia, które mogłoby pogrążyć całą powieść. Historia zna takie przypadki. 

Ocena: 5,7/6

Vladerik

(Książka otrzymana od wydawnictwa ERICA, serdecznie dziękujemy)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s