Excalibur – Bernard Cornwell


To już trzeci tom trylogii arturiańskiej. Ostatni. Zawsze mam obawy co do ostatniego tomu, a w wypadku „Excalibura” miałem ich jeszcze więcej. Ile to już razy autorzy prowadzili nas przez fabułę, rozwijali wątki, budowali atmosferę i napięcie tylko po to, by wszystko zepsuć na ostatnich stronach. Jestem wybredny. Tak już mam. Mierzi mnie, gdy autor przyzwyczaja się do swoich bohaterów tak bardzo, że nie jest w stanie się z nimi rozstać. Denerwuje mnie ogromnie, gdy wszystko jest podane na tacy, jak gdyby czytelnik sam nie potrafił dojść do określonych wniosków. Kończyć trzeba umieć. Taka prawda. W wypadku „Excalibura” Cromwell miał zadanie jeszcze trudniejsze, ponieważ jego powieść to w gruncie rzeczy wariacja na temat historii, która jest większości czytelnikom dobrze znana. Czy w takim wypadku można liczyć na dobre zamknięcie?

Fabularnie ostatni tom prezentuje się całkiem nieźle. Nieprzerwany konflikt z Saksonami w końcu znajduje swoje rozwiązanie, a ostatnia wielka bitwa obfituje w świetne pomysły i nie braknie jej brudnego, wojennego uroku. Biorąc pod uwagę całą trylogię, nie da się nie pochwalić kunsztu z jakim Cromwell opisuje liczne starcia. Jest brutalnie, bezpardonowo i realistycznie. Poza wojaczką autor raczy nas między innymi próbami przywrócenia starego porządku wśród zastępów bóstw i bożków, problemami natury moralnej oraz osobistymi sukcesami i tragediami niemałej liczby postaci pierwszoplanowych. Nudzić się nie ma kiedy. Co najwyżej trochę szkoda potencjału, jaki drzemał w umieszczeniu pogańskiego wojownika, Derfla za murami klasztoru i powierzenia mu zadania opowiedzenia losów, których był ważną częścią. Jego losy bowiem stanowiły odrębną całość i pytanie dlaczego człowiek wierny starym wierzeniom zdecydował się przyjąć Chrześcijaństwo zasługiwało na bardziej wyraziste wytłumaczenie. Zwyczajnie nie poczułem się przekonany.

Na uwagę zasługują co poniektóre przetasowania w szeregach bohaterów. Postaci przechodzą swoje własne kryzysy i zmieniają się na przestrzeni lat lub pod wpływem określonych wydarzeń. Dzięki temu czytelnik może poznać ich inne oblicza. Czasem mniej, czasem bardziej przekonujące, ale zawsze konsekwentne i urozmaicające całość. Ginewra pokazuje się z zupełnie innej strony, przy czym nie traci swojego ognistego temperamentu. To samo się tyczy Nimue, choć jej kreacja, w moim przekonaniu, odrobinę na tym traci. Tak czy inaczej, nie można odmówić postaciom różnorodności charakterów i jest to zdecydowanie duży atut trylogii. Bohaterowie żyją, zmieniają się, kochają, cierpią, podejmują złe i dobre decyzje, ponoszą konsekwencje lub, przeciwnie, uciekają od nich. Jestem przekonany, że każdy znajdzie swego ulubieńca. Nawet jeśli tym ulubieńcem miałby być antagonista.

Przy pierwszych dwóch tomach spore wrażenie zrobił na mnie aspekt zmagań na tle religijnym. Jest to jeden z tych elementów, którym autor poświęcił najwięcej uwagi. Dołożył też starań, by rzeczony konflikt między druidyzmem i Chrześcijaństwem pozostawał zawsze w impasie. Owszem, księża i misjonarze poczynają sobie coraz śmielej i ekspansja nowej wiary wydaje się być nie do powstrzymania, ale za to stare wierzenia oferują coś nieuchwytnego i wielce kuszącego. Czary. Cieszyło mnie, że magia w powieści Cromwella jest niejednoznaczna i oddana pod ocenę czytelnika. Krucha równowaga między fikcją i wiarą w magię, a zdrowym rozsądkiem i sceptycyzmem była dla mnie czymś świeżym i odmiennym. Do końca miałem też nadzieję, że spór pozostanie nierozstrzygnięty, dzięki czemu przeniósłby się z kart książki i zamysłów autora na płaszczyznę osobistych odczuć czytelnika. To by było coś. Niestety (albo stety dla wielbicieli odpowiedzi jednoznacznych), ostatni tom przechyla szalę w jedną stronę i to dość wyraźnie. Można się starać wyjaśnić pewne rzeczy, ale z niektórymi motywami trudno polemizować i tym oto sposobem zmuszeni jesteśmy akceptować fakty, jakimi raczy autor. Szkoda.

Pozostaje jeszcze kwestia bezpośredniej końcówki. Autor hołduje tradycyjnej wizji znanej z podań, ale nadaje jej kopa właściwego dla swojego stylu. Innymi słowy, jest dobrze i umiarkowanie zaskakująco, co w obliczu określonej ramy narzuconej przez mitologię arturiańską jest nie lada osiągnięciem. Osobiście zbrakło mi jedynie porządnego zamknięcia wspomnianego wątku Derfla-mnicha. Pomijając te potknięcie, zwieńczenie trylogii nie zawiodło. Ostatnie strony się wręcz połyka. Smakują świetnie.

O znakomitym smaku potrawy najlepiej świadczy to, że w momencie przerzucenia ostatniej strony zrobiło mi się przykro. No jak to? To już? Ja nie chce! Mało która książka, a tym bardziej saga, trzyma w napięciu tak jak Artur. Niewiele też książek fantasy wprowadza elementy, które wymagają głębszego zastanowienia. Nie mamy do czynienia tutaj z opowieścią o chwale, a przynajmniej nie tylko. W parze z nią kroczy niewdzięczność, trudne wybory, osobiste porażki, a wszystko to w obliczu dynamicznie zmieniającego się świata. Nie trzeba smoków i jednorożców, żeby ksiązka tchnęła magią i pod tym względem Cromwellowi udało się zbudować coś wyjątkowo, a jest to tym większe osiągnięcie, że całość zbudował na bazie mitologii głęboko zakorzenionej w kulturze współczesnej. Stworzył ją wręcz na nowo, odarł ze zbędnych „upiększaczy”, a przy tym zatrzymał elementy, bez których król Artur nie byłby tym samym bohaterem, a jego historia straciłaby na wyrazie. Ocena, która majaczy gdzieś poniżej odnosi się wyłącznie do ostatniego tomu trylogii i nie stanowi oceny całości, która to ocena byłaby najpewniej trochę wyższa. Serdecznie polecam.

Ocena: 4,9

Vladerik

(Książka otrzymana od wydawnictwa ERICA za co serdecznie dziękujemy 🙂 )

Advertisements

One response to “Excalibur – Bernard Cornwell

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: