Dusza wampira – J. R. Ward (Fragment)


Dzisiaj dla Was dwa rozdziały „Duszy Wampira” 😀

Rozdział pierwszy

Matka Mordha odeszła do Zanikhu o jedenastej jedenaście.
W ostatnich chwilach otaczali ją syn, córka, śpiąca wnuczka,
porywczy z natury zięć; towarzyszyła jej także ukochana
psanka.
To była dobra śmierć. Bardzo dobra śmierć. Madalina zamknęła
oczy, godzinę później dwukrotnie zaciągnęła się powietrzem
i wypuściła długi oddech, jakby jej ciało wzdychało
z ulgą, podczas gdy dusza ulatywała z jej cielesnego więzienia.
I dziwna rzecz… W tym momencie Nalla zbudziła się
i skupiła spojrzenie nie na mahtronie, ale gdzieś ponad łóżkiem.
Wyciągnęła w górę pulchne rączki i uśmiechnęła się,
gruchając, jakby ktoś pogłaskał ją po policzku.
Mordh spojrzał na ciało matki. Zawsze wierzyła, że odrodzi
się w Zanikhu, jej wiara miała korzenie w żyznej glebie
wychowania Wybranek. Miał nadzieję, że to prawda. Chciał
wierzyć, że gdzieś tam wciąż żyła.
Tylko to choć odrobinę łagodziło ból w jego piersi.
Psanka zaczęła cicho płakać, Bella przytuliła córkę i Zbihra.
Mordh trzymał się z dala od nich, siedząc samotnie w nogach
łóżka, patrząc, jak z twarzy matki uciekają kolory.
16
Tak jak dziedzictwo matki zawsze było przy nim, tak
o spadku po ojcu przypomniał sobie, gdy poczuł mrowienie
w dłoniach i stopach.
Wstał, skłonił się zebranym i przeprosił. W łazience przy
pokoju, w którym się zatrzymał, zajrzał pod umywalkę i –
dzięki niech będą Pani Kronik, że miał dość rozsądku, by
upchnąć z tyłu kilka fiolek dopaminy. Zapalił lampę grzewczą
na suficie, zsunął futro i zdjął marynarkę. Czerwony
blask z góry wystraszył go nie na żarty, bo przez chwilę myślał,
że napięcie wywołane śmiercią przywołuje jego gorszą
stronę. Dlatego wyłączył lampę, odkręcił prysznic i czekał,
aż uniesie się ciepła para.
Połknął jeszcze dwie penicyliny.
Kiedy już mógł znieść temperaturę, podwinął rękaw, starannie
omijając swoje odbicie w lustrze. Napełnił strzykawkę
i zacisnął pętlę z paska na bicepsie, zaciągając mocno czarną
skórę i przytrzymując ją przy żebrach.
Stalowa igła wbiła się w zakażoną żyłę i wcisnął tłok…
– Co ty robisz?
Na głos siostry poderwał głowę. Widział w lustrze, jak wpatruje
się w igłę w jego ramieniu i w czerwone, chore żyły.
Z początku zamierzał na nią wrzasnąć, żeby się wynosiła.
Nie chciał, żeby to widziała i to nie tylko dlatego, że
zmuszała go tym do kolejnych kłamstw. To była jego prywatna
sprawa.
Zamiast tego spokojnie wyciągnął strzykawkę, zabezpieczył
igłę i wyrzucił ją. Przy wtórze syku prysznica obciągnął
rękaw, założył marynarkę i futro.
Zakręcił wodę.
– Mam cukrzycę – powiedział. Cholera, Ehlenie powiedział,
że to Parkinson. Szlag by to.
Cóż, w najbliższej przyszłości te dwie raczej się nie spotkają.
Bella uniosła dłoń do ust.
– Od kiedy? Wszystko w porządku?
17
– Czuję się świetnie. – Zmusił się do uśmiechu. – A ty?
– Chwila, od kiedy to się dzieje?
– Robię sobie zastrzyki od jakichś dwóch lat. – To przynajmniej
nie było kłamstwem. – Regularnie widuję się z Agrhesem.
– Dzyń! Dzyń! Kolejna prawda. – Całkiem nieźle sobie
z tym radzę.
Bella spojrzała na jego ramię.
– To dlatego zawsze jest ci zimno?
– Złe krążenie. Dlatego potrzebuję laski. Mam kiepską
równowagę.
– Myślałam, że to z powodu tamtej rany.
– Cukrzyca utrudnia gojenie.
– Racja. – Przytaknęła ze smutkiem. – Szkoda, że nie wiedziałam.
Źle się czuł, okłamując ją, gdy tak spoglądała na niego
swoimi wielkimi, błękitnymi oczami, ale wystarczyło, że pomyślał
o spokojnej twarzy matki.
Otoczył siostrę ramieniem i wyprowadził z łazienki.
– To nic takiego. Radzę sobie.
W sypialni było chłodniej, ale dowiedział się o tym tylko
dlatego, że Bella się skuliła.
– Kiedy odprawimy ceremonię? – spytała.
– Zadzwonię do kliniki i poproszę Agrhesa, żeby przyszedł
o zmroku i ją przygotował. Wtedy zdecydujemy, gdzie
ją pochować.
– Na terenie rezydencji Bractwa. Tego bym chciała.
– Jeśli Ghrom zgodzi się, żebym przyszedł z psanką, to
nie ma sprawy.
– Jasne, Z właśnie rozmawia z królem przez telefon.
– W mieście nie zostało chyba zbyt wielu członków glymerii,
którzy chcieliby ją pożegnać.
– Zabiorę z dołu jej notes z adresami i przygotuję zawiadomienie.
Taka rzeczowa, praktyczna rozmowa pokazywała, że
śmierć jest rzeczywiście częścią życia.
18
Kiedy tak stała przytulona do niego, myślał o niezliczonych
razach, kiedy próbował ochronić ją przed światem.
A jednak życie toczyło się po swojemu.
Boże, kiedy była mała, jeszcze przed przemianą, był pewien,
że będzie w stanie ją chronić i opiekować się nią. Kiedy była głodna,
zapewniał jej jedzenie. Kiedy potrzebowała ubrań, kupował
je. Kiedy nie mogła spać, siedział przy niej, póki nie zamknęła
oczu. Teraz jednak, gdy dorosła, miał wrażenie, że nie może dla
niej zrobić nic poza uspokajaniem. Chociaż, może to tak miało
być. Kiedy jest się dzieckiem, dobra kołysanka wystarczy, by
złagodzić napięcia dnia i dać poczucie bezpieczeństwa.
Tuląc ją teraz, żałował, że nie było równie prostego lekarstwa
dla dorosłych.
– Będę za nią tęsknić – powiedziała Bella. – Nie byłyśmy
do siebie podobne, ale zawsze ją kochałam.
– Byłaś jej wielką radością. Zawsze.
Bella odsunęła się.
– I ty też.
Założył jej kosmyk włosów za ucho.
– Zostaniesz tu na jakiś czas ze swoją rodziną?
Bella przytaknęła.
– Gdzie nas ulokujecie?
– Spytaj psankę mamanh.
– Tak zrobię. – Bella uścisnęła mu dłoń, choć tego nie poczuł,
i wyszła z pokoju.
Kiedy został sam, podszedł do łóżka i wyjął telefon. Ehlena
nie napisała do niego zeszłej nocy i wybierając numer kliniki
w spisie, starał się tym nie martwić. Może miała dzienną
zmianę. Boże, miał nadzieję, że tak było.
Szanse, że stało się coś złego, były niewielkie. Bardzo
malutkie.
Ale w następnej kolejności zadzwoni do niej.
– Tu klinika – usłyszał w Starym Języku.
– Mówi Mordh, syn Rempoona. Moja matka właśnie odeszła
i trzeba zająć się przygotowaniem jej ciała.
19
Kobieta na drugim końcu linii zachłysnęła się powietrzem.
Żadna z pielęgniarek go nie lubiła, ale wszyscy uwielbiali jego
matkę. Wszyscy…
Po prostu wszyscy, tak było.
Przeciągnął dłonią po irokezie.
– Czy Agrhes mógłby przyjść do jej domu o zmroku?
– Tak, oczywiście. I pozwolę sobie w imieniu nas wszystkich
wyrazić żal z powodu jej odejścia i nadzieję, że bezpiecznie
dotrze do Zanikhu.
– Dziękuję.
– Proszę chwilę zaczekać. – Po chwili kobieta wróciła i powiedziała:
– Doktor przybędzie zaraz po zachodzie słońca.
Jeśli się pan zgodzi, weźmie z sobą kogoś do pomocy…
– Kogo? – Nie był pewien, jak by zareagował na wieść,
że to Ehlena. Nie chciał, by tak szybko musiała się zajmować
kolejnym ciałem, a fakt, że to jego matka, jeszcze by jej
wszystko utrudniał. – Ehlenę?
Pielęgniarka zawahała się.
– Nie, nie Ehlenę.
Zmarszczył brwi, ton kobiety wyzwolił w nim instynkt
symphaty.
– Czy Ehlena dotarła do was zeszłej nocy? – Znowu milczenie.
– Dotarła?
– Przepraszam, nie wolno mi rozmawiać…
Jego głos przeszedł w warczenie.
– Przyszła czy nie przyszła? Proste pytanie. Przyszła?
Czy nie?
Pielęgniarka zaczęła się denerwować.
– Tak, tak, przyszła…
– I?
– Nic. Ona…
– Więc w czym problem?
– W niczym. – Rozdrażniony ton powiedział mu, że takie
właśnie radosne pogawędki były jedną ze spraw, które
nie przysparzały mu sympatyków.
20
Spróbował uspokoić głos.
– Najwyraźniej jest jakiś problem i pani mi wyjaśni,
w czym rzecz, albo będę dzwonił, póki ktoś ze mną nie porozmawia.
A jeśli nie będzie chętnych, zjawię się tam osobiście
i doprowadzę wszystkich do szału, aż któryś z pracowników
się złamie i wszystko mi opowie.
Cisza wibrująca niewypowiedzianym „jesteś cholernym
dupkiem”.
– Dobrze. Ehlena już tu nie pracuje.
Mordh z sykiem wciągnął powietrze i położył dłoń na torebce
z penicyliną, którą trzymał w kieszonce na piersi.
– Dlaczego?
– Tego panu nie powiem pod żadnym pozorem.
Klik i rozłączyła się.
Ehlena siedziała na piętrze przy zniszczonym kuchennym
stole, wpatrując się w leżący przed nią rękopis ojca. Przeczytała
go dwukrotnie jeszcze w pracowni, po czym położyła ojca
spać i przyszła tutaj, żeby przeczytać to jeszcze raz.
Tytuł brzmiał: W lesie deszczowym małpiego rozumu.
O najdroższa Pani Kronik, jeśli wcześniej współczuła ojcu,
to teraz współodczuwała to z nim. Te trzysta ręcznie zapisanych
stron stanowiło wycieczkę z przewodnikiem po jego
zaburzeniach; żywe „zostań nim na jeden dzień” studium
początków i przebiegu choroby.
Rzuciła okiem na folię aluminiową zakrywającą okna.
Prześladujące go głosy pochodziły z wielu źródeł, a rozprzestrzeniały
się między innymi za pomocą fal radiowych wysyłanych
przez satelity orbitujące wokół Ziemi.
Wiedziała o tym.
Ale w książce ojciec opisał folię aluminiową jako wyobrażenie
psychozy. Zarówno folia, jak i schizofrenia trzymały
świat z daleka, izolowały go… i obie dawały mu poczucie
bezpieczeństwa swoim istnieniem. Prawdę mówiąc, jego miłość
do choroby była niemal równa lękowi przed nią.
21
Wiele, wiele lat temu, po tym, jak rodzina zdradziła go w interesach
i zniszczyła go w oczach glymerii, przestał ufać swojej
umiejętności odczytywania intencji i motywacji innych. Zaufał
niewłaściwym ludziom i… kosztowało go to jego krwiczkę.
Ehlena niewłaściwie wyobrażała sobie śmierć matki. Tuż
po wielkim upadku matka sięgnęła po laudanum jako pomoc
w zmaganiach z życiem. Tymczasowa ulga zmieniła się w klęskę,
gdy życie, które znała, rozsypało się… pieniądze, pozycja,
domy, wszystkie dobra opuszczały ją jak piękne gołębie
wzbijające się do lotu, szukające bezpieczniejszego miejsca.
I wtedy rozpadło się narzeczeństwo Ehleny. On odsuwał
się od niej, aż wreszcie ogłosił publicznie, że to koniec ich
związku, ponieważ Ehlena uwiodła go i wykorzystała.
Ta kropla przepełniła czarę rozpaczy matki.
To, co było ich wspólną decyzją, zostało przeinaczone.
Wszyscy mieli Ehlenę za kobietę bez wartości, ladacznicę zdecydowaną
zepsuć mężczyznę o najszlachetniejszych intencjach.
Po czymś takim Ehlena nie mogłaby wyjść za nikogo z glymerii,
nawet gdyby jej rodzina nie utraciła swojej pozycji.
Tej nocy, kiedy wybuchł skandal, matka Ehleny poszła do
swojej sypialni, a cztery godziny później znaleźli ją martwą.
Ehlena zawsze podejrzewała, że przedawkowała laudanum,
ale myliła się. Według rękopisu, matka przecięła sobie nadgarstki
i wykrwawiła się na łóżku.
Ojciec zaczął słyszeć głosy wkrótce po tym, jak w małżeńskim
łożu znalazł swoją krwiczkę martwą; bladą sylwetkę
otoczoną aureolą ciemnej czerwieni przelanego życia.
Choroba postępowała, a on wycofywał się głębiej i głębiej
w paranoję, dziwnym trafem czując się tam bezpieczniej.
Prawdziwe życie pełne było, jego zdaniem, problemów
i ludzi, którzy mogli zdradzić lub nie zdradzić. Za to głosy
w głowie chciały go bezwarunkowo dopaść. Gdy te szalone
małpy skakały i wspinały się po gałęziach lasu jego choroby,
rzucając w niego patykami i pestkami owoców, przynajmniej
znał swojego wroga. Widział je, czuł, wiedział, jakie
22
są; uzbrajał się przeciw nim w dobrze wyposażoną lodówkę,
folię w oknach, rytualne słowa i swoje pisanie.
W prawdziwym świecie? Był bezsilny i zagubiony, na łasce
innych, bez szans na rozpoznanie, co było niebezpieczne,
a co nie. Z drugiej strony miał chorobę, w której pragnął
przebywać, bo znał, jak to ujął, ograniczenia lasu, ścieżki
między pniami i zachowania małp.
Tam jego kompas wskazywał północ.
Ku zaskoczeniu Ehleny? Dla niego choroba była nie tylko
cierpieniem. Zanim zachorował, był specjalistą od Starego
Prawa, samcem znanym ze swego zamiłowania do dysput
i upodobania do silnych oponentów. W chorobie odnalazł
konflikt, który w czasach zdrowia był jego radością. Głosy
w jego głowie, jak to ujął z ironią, były równie inteligentne
i zręczne w sporze jak on sam. Gwałtowne epizody choroby
były dla niego mentalnym odpowiednikiem dobrej walki
bokserskiej, a ponieważ koniec końców z nich wychodził,
zawsze czuł się zwycięzcą.
Był również świadom, że nigdy nie opuści swojego lasu.
Jak napisał w końcowym zdaniu, las był jego ostatnim adresem
przed przeprowadzką do Zanikhu. Żałował tylko jednego:
w lesie było miejsce tylko dla jednej osoby, więc pobyt
wśród małp oznaczał, że nie może być z nią, swoją córką.
Smuciła go ta separacja i ciężar, jakim był dla niej.
Wiedział, że ciężko się z nim żyje. Był świadom jej poświęcenia.
Opłakiwał jej samotność.
To właśnie chciała od niego usłyszeć, a gdy teraz trzymała
te stronice w dłoniach, nie miało znaczenia, że zapisał to,
zamiast powiedzieć. Tak było nawet lepiej, bo mogła przeczytać
jego słowa jeszcze raz i jeszcze.
Jej ojciec wiedział o wiele więcej, niż sądziła.
I był o wiele szczęśliwszy, niż potrafiła sobie wyobrazić.
Wygładziła dłonią pierwszą stronę. Pismo – niebieski
atrament, bo dobrze wyszkolony prawnik nigdy nie używał
czarnego – było schludne i uporządkowane niczym wylicze23
nie przeszłości, eleganckie i zgrabne jak wnioski, które wyciągał,
i spostrzeżenia, które przedstawiał.
Boże… tak długo mieszkała obok niego, a dopiero teraz
dowiedziała się, gdzie mieszka on.
A przecież wszyscy ludzie byli do niego podobni. Każdy
w swoim własnym lesie deszczowym, samotny mimo wielu
innych, wędrujących tuż obok.
Czy zdrowie psychiczne to zaledwie kwestia mniejszej liczby
małp? A może tej samej liczby, ale sympatyczniejszych?
Stłumiony dzwonek komórki wyrwał ją z rozważań. Sięgnęła
po płaszcz, wyjęła telefon z kieszeni i odebrała.
– Słucham? – Po ciszy poznała, kto dzwoni. – Mordh?
– Wylali cię.
Ehlena oparła łokieć na stole i położyła czoło na dłoni.
– Czuję się świetnie. Zaraz będę się kłaść. A ty?
– To przez te proszki, które mi przyniosłaś, prawda?
– Kolacja była świetna. Twarożek i marchewkowe paluszki…
– Przestań! – warknął.
Opuściła rękę i zmarszczyła brwi.
– Wypraszam sobie.
– Dlaczego to zrobiłaś, Ehleno? Dlaczego, u licha…
– Słuchaj, albo przemyślisz swój ton, albo to koniec rozmowy.
– Ehlena, potrzebujesz tej pracy.
– Nie mów mi, czego potrzebuję.
Zaklął. Później jeszcze kilka razy.
– Wiesz – mruknęła. – Jakby tak dodać do tego podkład
muzyczny i trochę strzelaniny, mielibyśmy Szklaną pułapkę.
Jak się dowiedziałeś?
– Moja matka odeszła.
Ehlena wciągnęła powietrze.
– Co…? O, mój Boże, kiedy? To znaczy, przykro…
– Jakieś pół godziny temu.
Z wolna potrząsnęła głową.
– Mordh, tak mi przykro.
– Zadzwoniłem do kliniki, żeby… umówić się. – Odetchnął
z takim zmęczeniem, jakie sama czuła. – W każdym
razie… właśnie. Nie napisałaś, że dotarłaś do kliniki. Dlatego
sam zapytałem i tak to wyszło.
– Cholera, miałam taki zamiar, ale… – Cóż, właśnie ją
zwalniali.
– Ale nie tylko dlatego dzwonię.
– Nie?
– Po prostu… musiałem usłyszeć twój głos.
Ehlena wzięła głęboki wdech, nie spuszczając oczu z pisma
ojca. Pomyślała o tym, czego się dowiedziała z tych
stron, dobrego i złego.
– Zabawne – stwierdziła – ale właśnie czuję to samo.
– Naprawdę? Tak… poważnie?
– Absolutnie, z pewnością…

Rozdział drugi

24
tak.
2.
Ghrom był w złym humorze i miał tego świadomość, bo odgłos
woskowania przez psańca drewnianej balustrady u szczytu
głównych schodów napawał go chęcią puszczenia całej tej
cholernej rezydencji z dymem.
Beth nie opuszczała jego myśli. To wyjaśniało, dlaczego,
siedząc za biurkiem, odczuwał nieznośny ból w piersi.
To nie było tak, że nie rozumiał, dlaczego ją zdenerwował.
I wcale nie uważał, że nie zasłużył na jakąś karę. Po prostu
nie mógł znieść faktu, że Beth spała poza domem i musiał
pisać do swojej krwiczki SMS‑a
z pytaniem, czy może
do niej zadzwonić.
Swoje dokładał też fakt, że od kilku dni nie zmrużył oka.
Prawdopodobnie potrzebował krwi. Ale podobnie jak
z seksem: od ostatniego razu minęło tyle czasu, że nawet nie
pamiętał, jak się to robi.
25
Rozejrzał się po pokoju i pożałował, że nie może się rozładować,
wychodząc w teren i angażując się w walkę. Do wyboru
miał tylko salę gimnastyczną i alkohol, ale z pierwszej
dopiero wrócił, a drugie nie pociągało go aż tak bardzo.
Znowu sprawdził telefon. Beth nie odpisała, a przecież
wysłał jej wiadomość przed trzema godzinami. Co nic nie
znaczy. Pewnie była zajęta albo spała.
To nic nie znaczy, do cholery.
Wstał, wsunął telefon do tylnej kieszeni spodni i ruszył
w stronę dwuskrzydłowych drzwi. Psaniec za drzwiami przykładał
się do polerowania i nabłyszczania i cały korytarz wypełniał
intensywny cytrynowy zapach.
– Mój panie – powiedział psaniec, kłaniając się nisko.
– Świetnie się spisujesz.
– Cała przyjemność po mojej stronie. – Samiec się rozpromienił.
– Jest dla mnie wielką radością służyć tobie i temu
domostwu.
Ghrom poklepał służącego po ramieniu i zbiegł po schodach.
Dotarł do mozaikowej podłogi korytarza, skręcił w lewo
i ucieszył się, gdy w kuchni nie spotkał nikogo. Otworzył lodówkę,
zlustrował wszelkiego rodzaju resztki i bez specjalnego
entuzjazmu wyjął niedojedzonego indyka.
Odwrócił się do szafek…
– Witaj.
Gwałtownie odwrócił głowę.
– Beth? Co ty… Myślałem, że jesteś w Azylu.
– Byłam. Przed chwilą wróciłam.
Skrzywił się. Będąc mieszańcem, Beth mogła wychodzić
na światło słoneczne, ale i tak dostawał ciężkiej nerwicy za
każdym razem, gdy podróżowała za dnia. Nie chciał w to
teraz wchodzić. Wiedziała, co czuł, a poza tym była teraz
w domu i tylko to się liczyło.
– Właśnie szykowałem sobie coś do jedzenia – powiedział,
choć przecież i tak zdradzał go indyk leżący na stole
do krojenia mięs. – Przyłączysz się?
26
Boże, uwielbiał jej zapach. Kwitnące nocą róże. Zapach
bliższy mu niż cytrynowy wosk, wspanialszy niż jakiekolwiek
perfumy.
– Może ja przygotuję coś dla nas dwojga? – zaproponowała.
– Wyglądasz, jakbyś miał się zaraz przewrócić.
Miał już na czubku języka: nie, trzymam się – ale zmilczał.
Nawet najdrobniejsza półprawda mogła jeszcze pogorszyć
sprawy między nimi, a to, że był kompletnie wyczerpany,
nie było nawet maleńkim kłamstwem.
– Byłoby świetnie. Dziękuję.
– Usiądź – powiedziała, podchodząc do niego.
Pragnął ją przytulić.
Zrobił to.
Ramiona Ghroma wystrzeliły do przodu, otoczyły samicę
i przyciągnęły ją do piersi. Gdy uświadomił sobie, co
zrobił, chciał ją wypuścić, ale została tak wtulona w niego.
Drżąc, opuścił twarz ku jej pachnącym, jedwabnym włosom
i przygarnął ją, dopasowując jej miękkość do konturów swoich
twardych mięśni.
– Tak bardzo za tobą tęskniłem – szepnął.
– Ja też tęskniłam.
Gdy wtuliła się w niego, byłby głupcem, gdyby uznał, że
to lekarstwo na wszystko, ale był gotów przyjąć to, co mu
dawała.
Odsunął się, przesunął okulary na czubek głowy, żeby mogła
zobaczyć jego bezużyteczne oczy. On widział jej twarz
rozmazaną i piękną zarazem, choć przypominający świeży
deszcz zapach łez mu się nie podobał. Otarł jej policzki
kciukami.
– Czy mogę cię pocałować? – zapytał.
Zgodziła się, a wtedy ujął jej twarz w dłonie i przybliżył
usta do jej ust. Miękkie spotkanie warg natychmiast zdało
się im boleśnie znajome, a zarazem niosące powiew przeszłości.
Mieli wrażenie, że minęła wieczność, odkąd obdarzali
się czymś więcej niż tylko cmoknięciem – i ta separacja
27
nie była jedynie z jego winy. Dzieliło ich wszystko. Wojna.
Bracia. Glymeria. John i Tohr. Ten dom.
Potrząsając głową, powiedział:
– Życie weszło nam w drogę, gdy próbowaliśmy żyć.
– Masz rację. – Pogłaskała jego twarz. – I boleśnie odbiło
się na twoim zdrowiu. Więc teraz masz tu grzecznie usiąść
i pozwolić się dokrwić.
– Powinno być na odwrót. Samiec dokrwia swoją
samicę.
– Ty jesteś królem – powiedziała z uśmiechem. – Ty ustalasz
zasady. A twoja krwiczka chciałaby na ciebie zaczekać.
– Kocham cię. – Przyciągnął ją do siebie i po prostu tulił.
– Nie musisz mi na to odpowiadać…
– Ja ciebie też.
Teraz to on uginał się pod jej ciężarem.
– Czas, żebyś coś zjadł – powiedziała, popychając go
w stronę prostego dębowego stołu i odsuwając mu krzesło.
Usadowił się, skrzywił, uniósł biodra i wyjął z kieszeni
komórkę. Rzucił ją na stół, gdzie poodbijała się od solniczki
i pieprzniczki.
– Kanapkę? – zaproponowała Beth.
– Świetnie.
– Dla ciebie to nawet dwie.
Ghrom opuścił okulary, bo lampa nad stołem przyprawiała
go o ból głowy i choć nie widział, jak Beth kręci się po
kuchni, odgłosy jej pracy ukoiły go niczym kołysanka. Słyszał
otwieranie szuflad i grzechoczące w nich sztućce. Potem
z sykiem otworzyła się lodówka, rozległo się szuranie przesuwanych
rzeczy i wreszcie stukanie szkła o szkło. Wysunęła
szufladę z pieczywem i zaszeleściła woreczkiem od żytniego
chleba, który uwielbiał. Trzask noża krojącego sałatę…
– Ghrom?
Miękko wypowiedziane imię zmusiło go do otwarcia powiek
i podniesienia głowy.
– Co…?
28
– Zasnąłeś. – Poczuł dłoń krwiczki gładzącą mu włosy.
– Jedz. Potem zabiorę cię do łóżka.
Kanapki były dokładnie takie, jakie lubił: z dużą ilością
mięsa, odrobiną sałaty i mnóstwem majonezu. Zjadł obie
i choć powinny go trochę ożywić, wyczerpanie trzymające
go w żelaznym uścisku nie odpuściło.
– Chodź, idziemy. – Beth wzięła go za rękę.
– Nie, zaczekaj – powiedział, wstając. – Musisz wiedzieć,
co się stanie dziś o zmroku.
– W porządku. – W jej głosie pojawiło się napięcie, jakby
szykowała się na to, co usłyszy.
– Usiądź. Proszę.
Z cichym skrzypnięciem odsunęła krzesło od stołu i powoli
na nim usiadła.
– Cieszę się, że chcesz być ze mną szczery – szepnęła.
– Bez względu na wszystko.
Ghrom pogładził jej palce, próbując ją uspokoić. Wiedział,
że to, co powie, zmartwi ją jeszcze bardziej.
– Ktoś… a raczej kilku osobników, ale przynajmniej jeden
nam znany, chce mnie zabić. – Jej dłoń stężała, a on nie
przestawał jej głaskać, starając się ją rozluźnić. – Wieczorem
mam spotkanie z Radą glymerii i spodziewam się… kłopotów.
Pójdą ze mną wszyscy bracia i nie mamy zamiaru dać
sobie w kaszę dmuchać, ale nie chcę cię okłamywać i wmawiać,
że to będzie grzeczna herbatka.
– Ten… ktoś… należy do Rady, prawda? Więc czy na pewno
powinieneś iść osobiście?
– Ten, kto to zaczął, już się nie liczy.
– Jak to?
– Mordh wydał na niego wyrok.
Jej dłonie znów stwardniały w napięciu.
– Jezu… – Wzięła głęboki wdech. I jeszcze jeden. – O…
Boże.
– Teraz próbujemy odpowiedzieć na pytanie, kto jeszcze
za tym stoi? Między innymi dlatego muszę pojawić się na
29
spotkaniu. Chodzi też o pokaz siły, a to ważne. Ja nie uciekam.
Bracia też nie.
Ghrom przygotował się, że usłyszy: „Nie, nie idź tam” –
i zastanawiał się, co wtedy by zrobił.
Ale Beth powiedziała spokojnie:
– Rozumiem. Ale mam prośbę.
Uniósł brwi wysoko ponad oprawki.
– Co takiego?
– Chcę, żebyś założył kamizelkę kuloodporną. Nie wątpię
w braci, ale to dałoby mi trochę więcej pewności.
Ghrom zamrugał. Później uniósł jej dłonie do ust i ucałował.
– Mogę to zrobić. Dla ciebie mogę to zrobić.
Skinęła głową i podniosła się z krzesła.
– Dobrze. Dobrze… w porządku. A teraz czas iść do łóżka.
Jestem tak wyczerpana, jak ty wyglądasz.
Ghrom wstał, przygarnął ją do siebie i razem wyszli na
korytarz, depcząc po mozaice przedstawiającej kwitnącą
jabłoń.
– Kocham cię – powiedział. – Jestem w tobie szaleńczo
zakochany.
Obejmujące go ramię Beth zacisnęło się i kobieta ukryła
twarz na jego piersi. Gryzący niczym dym zapach strachu
zagłuszył jej naturalny różany aromat. A mimo to pochyliła
głowę i powiedziała:
– Twoja królowa też nie ucieka, wiesz przecież.
– O tak. Wiem… Dobrze wiem.
W sypialni, którą zajmował w domu matki, Mordh powoli
usiadł, opierając się o poduszki. Poprawił futro na kolanach
i powiedział do telefonu:
– Mam pomysł. Może zaczniemy tę rozmowę od początku?
Delikatny śmiech Ehleny napełnił go dziwną pogodą
ducha.
30
– Zgoda. Zadzwonisz do mnie jeszcze raz czy…
– Gdzie teraz jesteś?
– W kuchni na piętrze.
Co wyjaśniałoby lekki pogłos.
– Mogłabyś pójść do swojego pokoju? Rozluźnić się?
– Czy to będzie długa rozmowa?
– Wiesz, przemyślałem swój ton i co powiesz na to. – Zniżył
głos aż do granic rozpusty. – Ehleno, proszę. Pójdź do łóżka
i zabierz mnie z sobą.
Wstrzymała oddech, a po chwili roześmiała się.
– Co za poprawa.
– Dobra, wiem, uważasz, że źle znoszę pouczanie. Co powiesz
na odwdzięczenie się za to? Idź do sypialni i usiądź wygodnie.
Nie chcę być sam i mam wrażenie, że ty też nie.
Zamiast potwierdzenia usłyszał satysfakcjonujące skrzypienie
odsuwanego krzesła. Gdy szła przez dom, wsłuchiwał
się w jej urocze, stłumione kroki i skrzypienie schodów, już
nie urocze, bo zaczął się zastanawiać, gdzie właściwie mieszka.
Miał nadzieję, że to stary dom z pięknymi, choć zużytymi
deskami, a nie jakaś zapuszczona nora.
Skrzypienie otwieranych drzwi, a po nim cisza podpowiedziały
mu, że zagląda do ojca.
– Śpi spokojnie? – zapytał.
Znów zgrzytnęły zawiasy.
– Skąd wiedziałeś?
– Bo to dokładnie w twoim stylu.
Kolejne drzwi i kliknięcie przekręcanego zamka.
– Dasz mi minutkę?
Minutkę? Chryste, dałby jej cały świat, gdyby tylko
mógł.
– Nie spiesz się.
Dźwięki stały się stłumione, jakby położyła komórkę na
kołdrze lub narzucie. Kolejne marudne drzwi. Cisza. Skrzypnięcie
i odległy bulgot spuszczanej wody. Kroki. Sprężyny
w łóżku. Zbliżające się szuranie i…
31
– Halo?
– Wygodnie? – zapytał, uświadamiając sobie, że szczerzy
się jak idiota. Myśl, że oto ona jest tam, gdzie on tego
chce, była cudowna.
– Tak, wygodnie. A tobie?
– Lepiej w to uwierz. – Choć z jej głosem brzmiącym
w uszach mogliby mu wyrywać paznokcie, a i tak byłby wcieleniem
radości.
Zapadła cisza miękka jak jego sobole futro i równie ciepła.
– Chcesz porozmawiać o mamie? – zaproponowała łagodnie.
– Tak. Choć nie wiem, co powiedzieć, poza tym, że odeszła
po cichu, otoczona rodziną, a to wszystko, o co można
prosić. Po prostu nadszedł jej czas.
– Ale i tak będziesz za nią tęsknił.
– Będę.
– Czy mogę coś dla ciebie zrobić?
– Tak.
– Tylko powiedz.
– Pozwól mi się sobą zaopiekować.
Roześmiała się cicho.
– Dobra. Pozwól, że coś ci podpowiem. W takiej sytuacji
to raczej ty potrzebujesz opieki.
– Ale oboje wiemy, że to przeze mnie straciłaś pracę…
– Poczekaj. – Rozległ się szelest, jakby podnosiła się z poduszki.
– Sama podjęłam decyzję o przyniesieniu ci tabletek.
Jestem dorosła, wiem, co znaczy zły wybór. Nic nie jesteś mi
dłużny tylko dlatego, że namieszałam.
– Absolutnie się nie zgadzam. Ale zapomnijmy o tym. Kiedy
Agrhes tu przyjdzie, mam zamiar z nim porozmawiać…
– Nie, nie porozmawiasz. Drogi lordzie Mordh, twoja matka
właśnie odeszła. Nie musisz się przejmować…
– Już nic więcej nie mogę dla niej zrobić. Chcę za to pomóc
tobie. Mogę porozmawiać z Agrhesem…
32
– To niczego nie zmieni. Już mi nie zaufa, a ja nie mogę
go za to winić.
– Każdy popełnia błędy.
– Niektórych nie da się naprawić.
– Nie wierzę w to. – Choć jako symphata nie nadawał się
na doradcę w kwestiach moralnych. Wcale a wcale. – Zwłaszcza
że rozmawiamy o tobie.
– Niczym się nie różnię od innych.
– Słuchaj, nie chcę znowu zepsuć swojego tonu – ostrzegł
ją. – Ty zrobiłaś coś dla mnie. Ja chcę zrobić coś dla ciebie.
Zwykła wymiana, coś za coś.
– Ale ja znajdę inną pracę, bo od dawna jakoś sobie radzę.
To jedna z moich najważniejszych umiejętności.
– Nie wątpię. – Zamilkł na chwilę dla podkreślenia efektu
i sięgnął po najmocniejszy argument. – Jest jeden problem:
nie możesz tego tak zostawiać na moim sumieniu. Będzie
mnie zżerać od środka. Twój zły wybór był wynikiem mojego
wyboru.
Roześmiała się miękko.
– Czemu nie zaskakuje mnie, że znasz moje słabości? Naprawdę
doceniam to, ale jeśli Agrhes nagnie dla mnie zasady,
jaki sygnał da to innym? On i Catya, moja przełożona,
zdążyli już ogłosić wszystko pozostałym pracownikom. Teraz
nie może się wycofać i nie chcę, by to zrobił tylko dlatego,
że ty go zmusisz.
„A niech to szlag”, pomyślał Mordh. Miał zamiar pomanipulować
umysłem Agrhesa, ale to nie rozwiązałoby sprawy
z pozostałymi pracownikami kliniki.
– Dobra, to pozwól chociaż pomóc sobie, póki nie staniesz
na nogi.
– Dziękuję, ale…
Naszła go ochota na przekleństwo.
– Mam pomysł. Przyjdź do mnie w nocy i wtedy się o to
pokłócimy.
– Mordh…
33
– Wspaniale. Wczesny wieczór muszę poświęcić matce,
a o północy mam spotkanie. Co powiesz na trzecią? Świetnie,
do zobaczenia.
Na jedno uderzenie serca zapadła cisza, po której rozległ
się jej chichot.
– Zawsze dostajesz to, czego chcesz, prawda?
– Dość często.
– Dobrze. O trzeciej.
– Cieszę się, że zmieniłem ton, a ty?
Zaśmiali się oboje, a napięcie opuściło ich niczym spłukane
kubłem wody.
Znowu rozległ się szelest, więc przyjął, że położyła się
z powrotem i zaczęła się rozluźniać.
– Czyli mogę ci powiedzieć, co zrobił mój ojciec? – spytała
nagle.
– Możesz mi to powiedzieć, a później wyjaśnić, dlaczego
zjadłaś taką mizerną kolację. A potem porozmawiamy
o ostatnim filmie, który widziałaś, i o książkach, które czytałaś,
i co sądzisz o globalnym ociepleniu.
– Naprawdę o tym wszystkim?
Boże, uwielbiał jej śmiech.
– Jasne. Jesteśmy w jednej sieci, więc gadamy za darmo.
O, i chciałbym poznać twój ulubiony kolor.
– Mordh… ty naprawdę nie chcesz być sam. – Słowa zabrzmiały
tak łagodnie, jakby ta myśl sama się jej wymknęła.
– W tej chwili… chcę być z tobą. Tylko tyle wiem.
– Ja też nie byłabym gotowa. Gdyby mój ojciec zmarł tej
nocy, nie potrafiłabym pozwolić mu odejść.
Zamknął oczy.
– Właśnie… – Musiał odkaszlnąć. – Właśnie tak się czuję.
Nie jestem na to gotowy.
– Twój ojciec też… odszedł. Więc musi być ci szczególnie
trudno.
– Fakt, nie żyje, ale nie tęsknię za nim. Dla mnie istniała
tylko ona. A gdy jej zabrakło… Czuję się, jakbym wrócił do
domu i zastał same zgliszcza. Nie odwiedzałem jej co noc czy
nawet raz w tygodniu, ale zawsze miałem tę możliwość, żeby
wpaść, posiedzieć, poczuć zapach Chanel No. 5. Posłuchać
jej głosu i poprzyglądać się jej zza stołu. Ta możliwość… dawała
mi poczucie gruntu pod nogami i nie wiedziałem o tym,
póki jej nie straciłem. Choroba… plotę bez sensu.
– Nie, to ma sens. Ze mną jest tak samo. Matka nie żyje,
a ojciec… jest, a zarazem go nie ma. Więc też czuję się trochę
bezdomna. Na łasce losu.
„Właśnie dlatego ludzie łączą się w pary”, pomyślał Mordh.
Pieprzyć seks i pozycję społeczną. Jeśli mieli rozum, robili to,
by zbudować dom bez ścian, z niewidzialnym dachem i podłogą,
po której nikt nie mógł chodzić – schronienie, którego
nie mogła zniszczyć żadna wichura, spalić żaden ogień, żaden
upływ lat – zburzyć.
Wtedy to do niego dotarło. Więź połączenia pomagała
przetrwać noce takie jak ta.
Bella znalazła swoje schronienie u boku Zbihra. Może jej
starszy brat powinien wziąć z niej przykład?
– Wiesz – powiedziała z zakłopotaniem Ehlena. – Może
odpowiem na pytanie o mój ulubiony kolor. Zanim rozmowa
stanie się zbyt ponura.
Mordh wrócił do rzeczywistości.
– A jakiż to kolor?
Ehlena cicho odkaszlnęła.
– Mój ulubiony kolor to… fiołkowy.
Mordh uśmiechnął się tak szeroko, że aż zabolały go szczęki.
– To świetny kolor dla ciebie. Idealny.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: