Gwiazda Anioła – Jennifer Murgia


Koleżanka namawiała mnie do przeczytania książki Jennifer Murgii i powiedziała mi, że autorce bardzo zależy na polskich czytelnikach. W końcu się ugięłam, choć miałam złe przeczucia odnośnie „Gwiazdy Anioła”, bo sam opis śmierdzi schematem na odległość, poza tym anioły, to nie mój konik (nigdy mnie nie pociągały skrzydlate istoty, nawet te upadłe; to samo tyczy się elfów). Ten wytwór ludzkiej wyobraźni po prostu do mnie nie trafił. Już dwa razy nacięłam się na historię o miłości pomiędzy dziewczyną, a istotą z nieba. Chodzi mi o „Szeptem” i „Upadłych”. Myślałam, że jak przetrwałam te dwa tytuły, już nic więcej nie wywoła we mnie negatywnych emocji. Jakże się myliłam…

Fabuła

I tu już pojawia się zgrzyt. Próbuję sobie przypomnieć, jak właściwie zaczęła się ta książka. Teraz to nawet nie pamiętam, jak się w ogóle skończyła <wertuje kartki> Aha! Już wiem! Nie, zaraz <znów wertuje kartki> omfg..  Dobra <dzielnie bierze się do napisania o fabule, której właściwie nie ma>
Historia jest o dziewczynie imieniem Teagan, która jest ofiarą losu <autorce recenzji włączył się nerwowy tik oka, więc łyka tabletkę magnezu> Siedemnastoletnia bohaterka uczęszcza do liceum, nie ma ojca, ale ma matkę oraz przyjaciółkę imieniem Claire, która jest jedyną wyróżniającą się charakterem osobą w powieści. Do tego miewa przedziwne sny ze skrzydłami, które męczą ją od dzieciństwa (i tu pojawia się pierwsza tajemnica. Dlaczego nikt tej dziewczynie nie powiedział, że są specjalne miejsca, w których da się to leczyć? Już o cudownych proszkach nie wspomnę. Że co? Teagan zdarzyło się wziąć ibuprofen? <pluje herbatką w monitor laptopa i sama łyka ibuprofen>).

Wracając do pseudo-fabuły. Pewnego dnia, kiedy to ofiara losu znów daje się zgnoić lafiryndzie o imieniu Brynn <co to za imię?! Ahahahaha>, zauważa kogoś tajemniczego na korytarzu. Tym tajemniczym kimś okazuje się…. nowy super zajebisty i najprzystojniejszy blond mister Universum jakiego protagonistka w życiu widziała! <autorka recenzji łyka kolejną tabletkę z magnezem, gdyż nerwowy tik znów się włączył> Chłopak ma na imię Garreth <kolejne udławienie się herbatą> i dziwnym trafem upatrzył sobie Teagan.

Po 100 stronach zaczyna się robić ciekawie, ale już na 101 wszystko wraca do „niczego o niczym”. Na szczęście w okolicy 150 strony, Garreth przestrzega protagonistkę przed super złym złoczyńcą i najgorszą kanalią spod ciemnej gwiazdy o imieniu Hadrian <tym razem wypluła arbuza na ekran>
W końcu mamy 200 stronę i oto zaczyna się najnudniejsza walka dobra ze złem. Rozdział dalej i jest jakieś 30 stron „niczego o niczym”, potem rozdział pokazujący, że protagonistka jest bezdennie głupia, aż w końcu na stronie 253 ujrzałam najpiękniejsze słowo, jakie autorka mogła napisać – koniec.

Zalety

Okładka jest ładna i przykuwa oko. Wydawnictwu Amber czasem zdarza się coś ładnego dać na obwolutę, tym razem jest to rzeźba anioła. Mnie się podoba, jest taka melancholijna.
Picie przez bohaterów różnych rodzajów kaw ze Starbucksa. Uwielbiam kawy, więc miło mi się o tym czytało. Lekka zmiana w zachowaniu głównej bohaterki pod koniec książki (ale tylko w szkole, poza nią nadal jest kretynką). Długość – dwieście pięćdziesiąt trzy strony to akurat (jeśli nie za dużo) na tak rozwlekłą historię o niczym. Jak na pierwszą książkę autorki, nie znalazłam typowych błędów w prowadzeniu historii, takich jak na przykład w „Upadłych”, gdzie pomimo swojej długości, sceny były pocięte i niekiedy niekonsekwentne albo jak w „Oddechu Nocy”, gdzie zachowania bohaterów były jak „filip z konopi”. Chociaż w Gwieździe anioła też zdarzył się jeden taki wyskok.

Wady

Mogłabym napisać, że książka jest jedną wielką wadą, ale to zbyt ogólne. Mogłabym napisać, że nie podobało mi się wszystko, ale to również zbyt ogólne. Nie pozostaje mi nic innego, jak po kolei pokazywać, co złego jest w tej powieści. Byłam na tyle cwana, aby za każdym razem, gdy przeczytałam coś okropnie dobijającego, napisałam o tym na kartce i/lub podkreśliłam ołówkiem :>

Zacznijmy od Teagan, jednej z najbardziej wkur(…) głównych bohaterek jakie miałam nieprzyjemność poznać. Dziewczyna jest sierotą losową tzn, dziewczyną do bicia. Ona wręcz prosi się o to, aby ktoś jej twarz przerobił na obraz Picassa. Pani Murgia powieliła schemat znany już ze Zmierzchu, Szeptem, Upadłych i wielu innych podobnych. Co jest do cholery z tymi autorkami?! Dlaczego ich protagonistki muszą być ofermami, których nikt nie lubi, mają góra jedną koleżankę, i w których jakiś chłopak-rycerz-wybawca-przystojniak musi się zakochać?! Bo tylko one zasługują na idealnie mdłych facetów? Bo tylko facet może je uratować od czeluści nieszczęść jakie je w życiu spotyka? Co pani Jennifer chciała przekazać swoim czytelniczkom?! Że wewnętrzna siła i bycie kimś równa się facet?! DRAMAT, dramat i jeszcze raz dramat. Jakbym miała kiedyś córkę i zobaczyła, że czyta Gwiazdę fajtłapy, to zaraz wyrwałabym to czytadło, rzuciła psom na pożarcie i dała dziewczynie coś bardziej przydatnego, na przykład książkę o feminizmie.

Teraz przejdźmy do WIELKIEJ ośmiodniowej miłości pomiędzy Teagan i Garethem.
Nigdy nie wierzyłam w miłość od pierwszego wejrzenia. W zauroczenia, owszem, w końcu nie raz ten stan przechodziłam, ale wielka miłość? A co jeśli ktoś zamiast wielkiej miłości dostaje „pierdolca” na punkcie drugiej osoby? Czy to nadal będzie piękna młodzieńcza miłość, czy już stan, który nadaje się do leczenia psychiatrycznego? Wyobraźcie sobie, że wasza córka/siostra/przyjaciółka zakochuje się od pierwszego wejrzenia w chłopaku, którego nikt nie zna, bo jest nowy w szkole/pracy/na osiedlu. No i ona ciągle o nim rozmyśla, nie je, nie pije, nie rozmawia o nikim i niczym innym, tylko o nim. Na początku wydaje wam się to normalnym stanem zakochania. Następnego dnia, dziewczyna postanawia ot tak umalować się dla niego, choć nigdy w życiu tego nie robiła. Trzeciego dnia idzie na pierwszą randkę, po której wie, że spotka ukochanego we śnie… Osobie obserwującej taką dziewczynę powinna się w tym momencie zapalić czerwona lampka, ale nadal wierzy, że endorfiny zalewają mózg zakochanej. Dnia czwartego wydarza się tragedia. Po niej, zakochana zostaje ostrzeżona, że to dopiero początek, i że będzie gorzej, bo ucierpi kolejna bliska jej osoba.

Zatrzymajmy się na chwilę. Zakochana jest wychowywana tylko przez matkę. To ona się nią zajmuje, daje jej dach nad głową, przytuli, ugotuje jedzenie, pomoże, pocieszy. Ogólnie typowa kochająca swą córkę matka.

Idziemy dalej.
Teagan postanawia pomodlić się za osobę, która jest bliska jej sercu, bo straszliwie się boi, że tej kochanej osobie może przytrafić się krzywda. Każdy normalny na jej miejscu pomodliłby się za mamę, a co robi główna bohaterka? Modli się za faceta, którego zna TRZY dni! Tak proszę państwa, za FACETA. W cholerę z matką, która nosiła ją w łonie przez dziewięć miesięcy, w wielkim bólu ją urodziła i zajmowała się nią przez 17 lat jej życia! Ważniejszy facet, którego zna od TRZECH dni!! Czy według was to jest normalna miłość? Ja jestem przerażona! Co pani Murgia sobie myślała tworząc tak chory związek miłosny?! Czy ona jest równie porąbana, co jej postać? Zastanówcie się osiem razy, zanim sięgniecie po „Gwiazdę Anioła”.

Ale ale, to nie wszystko. Dzień po wielkiej tragedii, ona się cieszy, że jej facet jest cały i zdrowy, a tragedia jaką ją spotkała schodzi do piwnicy. Przecież facet poznany 4 dni wcześniej jest najważniejszą rzeczą w jej życiu – SICK!!

No dobra, przyzwyczajacie się do tego, że ta osoba jest niezrównoważona psychicznie. Łykacie kilka ibuprofenów, magnezów i popijacie połową litra absyntu. Jakoś udało wam się to przełknąć. Staracie się nie zwracać uwagi na ten chory wymysł autorki. Chcecie już tylko finał tej historii i przespać 48 godzin. O nie moi drodzy, to nie wszystko. A co jeśli główna bohaterka szaleńczo (psychicznie) zakochana w swoim facecie spotka na swej drodze złego faceta, który doprowadził do tragedii, a ona stwierdzi „teraz z nim idę na randkę??”. Ja skończyłam z ogromnym guzem na czole od trzaskania głową o biurko 🙂

Reszta wad

Właśnie sobie uświadomiłam, że miałam pisać o związku, a większość jest o samej Teagan. Może dlatego, że tajemniczy nieznajomy jest właściwie nikim istotnym? No bo co on w tej historii robi. Łazi za dziewczyną, jest dla niej miły, opiekuńczy i kochany. Stara się ją chronić, a nawet poświęcić swoje życie. Ogólnie Garreth jest tylko mdłą postacią, która miała idealnie uzupełnić całkowicie niezrównoważoną psychicznie protagonistkę. Zachowuje się tak schematycznie, że właściwie się go nie zauważa, bo każdy jego czyn czy słowo są typowe dla chłopaków z paranormalnych romansów. Nie wyróżnia się niczym szczególnym. Właściwie, to nie wiem czego ja się właściwie spodziewałam po aniele światła? Że będzie choć trochę ciekawą postacią? Że skrywa jakiś apetyczny kąsek? Że zgwałci krzesło? Ech… przecież to DOBRY aniołek, od nich nic się nie wymaga, mają być idealni dla dziewczyn, koniec, kropka.

Mogłabym się doczepić do czegoś więcej i zrobiłabym to, gdyby nie fakt, że ta książka jest tylko i wyłącznie o tym, co napisałam wyżej. Poważnie, nie mam co się czepiać fabuły, bo już ją zjechałam. Nie mam co pluć na bohaterów, bo już to zrobiłam. Nie mam więcej czego oczerniać, bo wszystko kręci się wokół jednego wątku – tak, ta książka ma jeden wątek. Postacie poboczne, to manekiny sklepowe, których jest mało i nie są interesujące. Jeden z nich miał nawet fajne ciuchy i chyba za to wyróżnienie źle skończył, bo nie pasował do ogólnej konwencji chłamu do potęgi entej 😉

Czy wspominałam, że ta książka jest nudna? Ale uwierzcie mi, to jest najmniejszy problem „Gwiazdy anioła”, bo nudę można przeziewać, a nawet przespać. Jednak tego czegoś, nie można czytać na trzeźwo, a próbowałam. Czego to ja nie robiłam. Czego to mój chłopak nie robił! On miał przygotowaną strzykawkę ze środkiem uspokajającym, kiedy wpadałam w brutalną histerię, chcąc spalić książkę. Zawsze mi wtedy uświadamiał „Koleżanka Ci ją pożyczyła”.

Na zakończenie

Myślałam, że Zmierzch jest najgorszą książką, jaką przeczytałam. Myślałam, że autorka Szeptem stworzyła toksyczny związek, który mógł źle wpłynąć na postrzeganie miłości przez nastolatki. Myślałam, że Lauren Kate zanudziła mnie na kolejną śmierć w moim „wielożyciu”. Nigdy nie przypuszczałam, że Gwiazda Anioła okaże się kompilacją trzech najgorszych powieści, z jakimi miałam styczność. Dostałam nauczkę. Nigdy nie zagłuszaj intuicji, która podpowiada ci „Nie czytaj! Nie czytaj, jeśli ci życie miłe!”

Nie napiszę „nie polecam”, bo choć bardzo bym chciała, to jednak prawda jest taka, że do kogoś ta powieść trafi i przyjmie ją pozytywnie. I właśnie dlatego polecam ją komuś, nie wiem tylko komu.

Ocena: 1/6 (punkt dałam za okładkę)

Martycja

P.S Jeśli mój M podaruje mi kiedyś różaniec, to odgryzę mu głowę, przeżuję i wypluję.

(Konia trojańskiego do recenzji otrzymałam od KZ, za co dziękuję i zapowiadam, że już nigdy nic o Aniołach od Ciebie nie pożyczę!)

Reklamy

6 responses to “Gwiazda Anioła – Jennifer Murgia

  • Asia

    Witam, weszłam tu przez przypadek i jestem zachwycona. Przyznam się szczerze, że mnie do przeczytania tej pozycji zachęciła okładka. Jest wspaniała… i na tym moje zachwyty się kończą. Przez chwilę, bardzo krotką, myślałam, że może już stara jestem i zaczynam nie rozumieć literatury młodzieżowej, ale dzięki Bogu najwyższemu okazało się, że nie jestem na tym świecie sama. Książka jest jednym, wielkim absurdem. Dziwi mnie fakt, że napisała ją kobieta dojrzała, matka dwójki dzieci… Boże… i najgorsze w tym wszystkim jest to, że tak książka ma kontynuację… Boże po raz drugi…. Recenzja odzwierciedla moje odczucia i na koniec nasuwa mi taka myśl, że pisać każdy może, ale niektórzy może tylko do szuflady, co?

  • Tristezza

    łoł, a ja mam tę książkę i zamierzałam przeczytac niedługo… teraz to boję się ja nawet otworzyć XD

  • Kasia Zarębska

    a jednak warto było trojana otrzymać, wszyscy są zachwyceni ;D Gothroszpunka mistrzynią wywoływania uśmiechu co ja mówię głośnego śmiechu !!! co by tu jeszcze wysłać ……..;P dziękuję :***

  • Maya

    Hahaha „Że zgwałci krzesło?” :D, a to by dopiero było ;).
    Chyba jednak lepiej nie czytać dla własnego zdrowia psychicznego. Kiedyś skusiłam się na „Szeptem” i myślałam, że nie dam rady, a jak tu jest jeszcze gorzej, to ja dziękuję ;).

  • Violet

    Jery 😀 Podziwiam cię, że jeszcze żyjesz 😀

    Ja po „Szeptem” i „Upadłych” mam taki uraz do anielskich istot, że nic z tego szmirowatego gatunku nawet KIJEM nie rusze 😀

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: