Opublikowany w Fragmenty książek

Droga przeznaczenia – J. R. Ward (FRAGMENT)


Dzisiaj fragmencik 😉
1.
Znów będzie jakiś cholerny motylek.
Patrząc, kto wchodzi przez drzwi jego salonu tatuażu, R.I.P.
z góry przeczuwał, że skończy się kolejnym pieprzonym motylem.
O ile nie parką.
Patrząc na dwie wysokie rozchichrane blondyny zmierzające
do lady, za którą urzędowała recepcjonistka salonu, był
pewien, że nie zamówią sobie czaszek i piszczeli.
Te dwie Paris Hiltonówny z minkami niegrzecznych dziewczynek…
Zerknął na zegar. Niestety, do pierwszej w nocy,
kiedy zamykał, było jeszcze daleko.
Niejednym zhańbił się dla pieniędzy. Zwykle chodził
w lansadach wokół różnych idiotek, które przychodziły się
do niego upiększyć, ale tego wieczoru błyskotliwe koncepty
ślicznotek wkurzały go. Trudno, żeby go kręciły komiksowe
stworki, skoro spędził trzy godziny, tatuując na harleyowcu
portret żałobny najlepszego kumpla, który zginął na szosie.
Jeden miał odtąd żyć na plecach drugiego.
Mar, recepcjonistka salonu, wyszła zza lady.
– Znajdziesz chwilę na szybki numerek? – Uniosła znacząco
okolczykowane brwi. – To raczej prosta robota.
21
– Dobra. – Skinął w stronę klęcznika. – Przyślij mi tutaj
pierwszą.
– Chcą być obie przy tym.
Że też na to nie wpadł.
– Nie ma sprawy. Przynieś stołek z zaplecza.
Gdy Mar zniknęła za zasłonką, a on zaczął się szykować,
te dwie, ćwierkając, trzymały się za ręce, podpisując odpowiednie
formularze. Od czasu do czasu gapiły się na niego,
jakby ze swoimi tatuażami i piercingiem był zwierzakiem
w zoo, który całkiem przypadł im do gustu.
Niedoczekanie ich. Prędzej urżnie sobie jaja niż wydupczy
te dwie, nawet z litości.
Mar zainkasowała od nich szmal i przyprowadziła je do
niego, przedstawiając jako Keri i Sarah. I tak było lepiej niż
sądził, bo obstawiał Tiffany i Britney.
– Poproszę rybkę – powiedziała Keri, siadając i przyjmując,
w swoim mniemaniu, seksowną pozę. O, tu.
Zadarła obcisłą koszulkę, rozpięła rozporek i zsunęła
w dół różowe stringi. W pępku miała kółko z dyndającym
różowym serduszkiem z Jabloneksu; miała też, bez wątpienia,
trwałą depilację.
– Rozumiem. Jakich rozmiarów?
Keri Kusicielka trochę oklapła, widząc że odsłaniając przed
nim cały blacik, nie zrobiła na nim takiego wrażenia, jak na
członkach drużyny piłki nożnej swojego liceum.
– Nie za dużą. Starzy by mnie zabili, gdyby się dowiedzieli…
nie może wystawać ponad linię bikini.
No przecież.
– Pięć centymetrów? – Rozsunął wytatuowane palce.
– Może… troszkę mniej.
Czarnym cienkopisem wykonał szkic na jej ciele. Błagała
go, żeby nie wyszedł poza kontur. Naciągnął czarne rękawiczki,
wziął świeżą igłę i włączył maszynkę.
Po półtorej sekundy Keri już miała łzy w oczach. Uczepiła
się ręki Sarah, jakby rodziła bez znieczulenia. Tym właśnie
22
różnili się amatorzy tatuażu od prawdziwych wyznawców tej
religii. Motylki, rybki i rozkoszne serduszka to nie…
Drzwi salonu otwarły się. R.I.P.‑a
wyprostowało na obrotowym
stołku.
Trzej goście, którzy weszli, na bank nie byli cywilami, chociaż
nie mieli na sobie mundurów, tylko czarne skóry – od
kurtek, przez spodnie, po buty. Ich potężne sylwetki rozsadzały
ściany salonu. Pod kurtkami mieli liczne wybrzuszenia:
broń palna, a może i biała, kto ich tam wie.
R.I.P. dyskretnie przesunął się w stronę swojego biurka
z ukrytym przyciskiem alarmowym.
Koleś z lewej miał każde oko inne, metalowe wkręty
i chłodny wzrok zabójcy. Koleś z prawej wyglądał bardziej
mieszczańsko ze swoją chłopięcą buzią i rudymi włosami,
jednak czuło się w nim jakieś psychiczne wypalenie,
jak u weteranów.
Najtrudniej było rozgryźć tego w środku. Trochę wyższy
od swoich kolegów, miał ciemne, krótko przycięte włosy
i przystojną twarz o klasycznych rysach, jednak jego niebieskie
oczy były martwe i matowe jak wydeptany bruk.
Żywy trup, który już położył laskę na życiu.
– Przyszliście wszyscy na tatuaż?
– My nie, tylko on. – Gość z piercingami wskazał na niebieskookiego
kumpla. – Ma własny projekt. Na plecy.
W ocenie sytuacji R.I.P. zdał się na swój instynkt. Kolesie
nie patrzyli pożądliwie na Mar. Nie wydawali się też zainteresowani
kasą fiskalną i nie sięgali po broń. Czekali grzecznie,
ale z rezerwą. Czuł, że jeśli im odmówi, pójdą szukać
szczęścia u konkurencji.
Rozluźnił się. Podobali mu się.
– W porządku. Za chwilę będę wolny.
– Zamykamy za niecałą godzinę – upomniała go zza lady
Mar.
– Nie szkodzi. Zrobię ci to po godzinach – powiedział
środkowemu.
23
– Ja też zostanę – zdecydowała Mar, patrząc na tego
z wkrętami.
Niebieskooki zaczął energicznie gestykulować.
– Mówi, że dziękuje – wyjaśnił ten z wkrętami. – Przyniósł
swój własny barwnik, jeśli można.
Nie było to do końca zgodne z zaleceniami sanepidu,
ale R.I.P. zwykle szedł na rękę, jeśli klient mu przypadł do
gustu.
– Spoko.
Wrócił do pracy nad rybką, a Keri znów zaczęła kąsać
wargi z bólu i jojczeć jak mała dziewczynka, nie zdziwił się
więc, kiedy Sarah, naoglądawszy się „męczarni” towarzyszki,
zrezygnowała z własnej rybki i zażądała zwrotu kasy.
I bardzo dobrze. Mógł się spokojnie wziąć za chłopaka
o martwym spojrzeniu.
Ściągnął czarne lateksowe rękawiczki i zaczął sprzątać, zastanawiając
się, co też za projekt przyjdzie mu robić. A także,
ile zajmie Mar dobranie się do rozporka tego z wkrętami.
Projekt niebieskookiego okazał się całkiem niezły.
A co się tyczy drugiej sprawy… obstawiał jakieś dziesięć
minut, bo Mar szybko załatwiała klientów – w recepcji
i nie tylko.
Na drugim końcu miasta, z dala od barów i salonów tatuażu
na Trade Street, w staroświeckiej enklawie czerwonego
piaskowca i kocich łbów Xhex stała w wykuszu okiennym,
patrząc przez wiekową, pofalowaną szybę.
Była naga, zziębnięta i posiniaczona.
Ale nie litowała się nad sobą.
W dole widziała samicę człowieków, jak paplając przez
komórkę prowadzi dziamgającego pieska na smyczy. Po drugiej
stronie ulicy, w szeregu eleganckich domków jednorodzinnych,
człowieki jadły, piły, przeglądały gazety. Samochody
jechały wolno po kocich łbach z troski o mieszkańców
i z obawy o zawieszenie.
24
Dla potencjalnych obserwatorów z gatunku Homo sapiens
była niewidzialna i niesłyszalna, nie tylko dlatego, że
pasmo postrzegania ich rasy było o wiele węższe od parametrów
percepcji wampirów, również takich jak ona – półkrwi
symphatów.
Nawet jeśli zapali lampę na suficie i zacznie krzyczeć do
utraty tchu, wymachiwać rękami aż do omdlenia, okoliczni
mieszkańcy nie przerwą swoich zajęć, nieświadomi jej obecności
pośród nich. Próbowała komodą i stolikiem nocnym
wybić w oknie szybę. Próbowała kopniakiem wyważyć drzwi
i wymknąć się przez szyb wentylacyjny w łazience.
Próbowała już wszystkiego. Bez skutku.
Jako zawodowy morderca była pod wrażeniem niedostępności
jej niewidzialnej celi: Nie sposób było zbliżyć się do
niej, dostać się do środka ani wyjść na zewnątrz.
Oddaliła się od okna i obeszła dookoła małżeńskie łoże
z jedwabną pościelą, w której zaklęte były koszmarne wspomnienia…
minęła drzwi do marmurowej łazienki i podeszła
do drzwi prowadzących na korytarz. Zważywszy na to, jak
poczynał sobie z nią jej porywacz, raczej nie potrzebowała
dodatkowych ćwiczeń fizycznych, ale nosiło ją i nie mogła
usiedzieć w miejscu.
Raz w życiu zdarzyło jej się zostać zgwałconą i wiedziała,
że umysł, podobnie jak organizm, zaczyna zjadać sam siebie,
jeśli jest zbyt długo wyposzczony.
Umilała więc sobie czas, bawiąc się w barmankę. Pracując
od lat w klubach, znała dziesiątki receptur koktajli i drinków;
teraz odtwarzała je w pamięci po kolei, wyobrażając sobie,
jak nalewa z butelek do szklanki, dorzuca lód i dodatki.
Przepowiadanie sobie Encyklopedii drinków pozwalało jej
zachować zdrowy rozum.
Ciągle jeszcze liczyła na to, że odkryje jakiś błąd, niedopatrzenie,
które pozwoli jej uciec, ale nadzieja powoli zaczynała
gasnąć, odsłaniając czarną, ssącą dziurę. Xhex mieszała
więc drinki w głowie, czekając na lepsze czasy.
25
Tamten gwałt, dawno temu, teraz okazywał się na swój
sposób pomocny. Choć była w nie lada opresji i mocno poturbowana,
to i tak była to pestka w porównaniu z tamtym.
A może tylko wmawiała sobie, że mogłoby być gorzej.
Znów zaczęła krążyć po pokoju, mijając wykusz okienny,
komodę, łóżko. Pchnęła drzwi do łazienki. Żadnych żyletek,
pędzli, grzebieni, tylko kilka lekko wilgotnych ręczników
i mydełko czy dwa.
Imając się tej samej magii, która teraz ją tutaj więziła,
Lahser przeniósł ją do swojej eleganckiej kawalerki, a ich
pierwsza wspólna doba dała Xhex przedsmak ich koegzystencji.
W lustrze nad podwójną umywalką dokonała chłodnej
analizy stanu swojego ciała. Była cała w sińcach, miała też
kilka skaleczeń i zadrapań. Był brutalny, a ona nie pozostawała
mu dłużna, bo ani myślała dać się zabić; w gruncie
rzeczy trudno było powiedzieć, które obrażenia zadał
jej z rozmysłem, a które były konsekwencją jej prób, by mu
dołożyć.
Mogła się założyć, że jego tyłek w lustrze nie wyglądał
lepiej niż jej pupa.
Oko za oko…
Najgorsze w tym wszystkim było to, że kosa trafiła na
kamień. Im zawzięciej walczyli z sobą, tym bardziej jej pożądał;
czuła, że sam jest zaskoczony własnymi emocjami.
Przez pierwszych parę dni próbował ją karać za to, co zrobiła
jego ostatniej dziewczynie; wyraźnie miał jej za złe serię,
którą posłała suce w pierś. Stopniowo jednak jego nastrój
się zmienił. Mniej mówił o swojej eks, a więcej o ciele
Xhex. Snuł też przed nią wizje przyszłości, w której miała
nosić jego potomstwo w łonie.
Klasyczna gadka‑szmatka
psychopaty.
Teraz, gdy zbliżał się do niej, jego oczy lśniły z pożądania,
a jeśli nawet na dzień dobry bił ją do nieprzytomności,
gdy dochodziła do siebie, zwykle łasił się do niej.
26
Odwróciła się od lustra i zamarła.
Ktoś był na dole.
Opuściła łazienkę i podeszła do drzwi prowadzących na
korytarz. Pociągnęła uważnie nosem. Po słodkawym odorze
padliny poznała, że na dole kręci się reduktor. Nie był to jednak
jeszcze Lahser, lecz jego kurduplowaty totumfacki, ten,
który zjawiał się codziennie przed powrotem szefa, szykując
posiłki. Znaczyło to, że Lahser jest już w drodze.
Jak na ironię była w niewoli jednego jedynego członka
Korporacji Reduktorów, który mógł pieprzyć i szamać.
Pozostałym nie stawał, jak stulatkom, do tego żyli samym
powietrzem. Ten drań jednak mógł jedno i drugie.
Podeszła znów do okna, przykładając dłonie do szyby. Jej
więzienie było otoczone polem energetycznym, które szczypało
lekko przy dotknięciu. Draństwo przypominało elektryczne
obroże dla istot większych od psów, w dodatku nie
wymagało noszenia obroży.
Naciśnięte ustępowało, ale tylko do pewnych granic. Potem
roztrącone molekuły wracały znów na miejsce i pole
zaczynało niemożliwie parzyć… Odskoczyła, machając rękami.
Czekając na powrót Lahsera, przypomniała sobie o samcu,
o którym starała się myśleć jak najrzadziej, zwłaszcza
w obecności Lahsera.
Nie miała pewności, do jakiego stopnia porywacz grzebie
w jej myślach, ale wołała nie ryzykować. Jeśli drań zorientuje
się, że niemy wojownik jest jej bratnią duszą, jak
mówią symphaci, nie omieszka się zemścić na niej i Johnie
Matthew.
W jej myślach wypłynął obraz Johna tak wyraźnie, że widziała
granatowe cętki w jego niebieskich oczach. Boże, jakie
miał piękne oczy. Przypomniała sobie ich pierwsze spotkanie,
kiedy jeszcze był pre‑transem.
Patrzył na nią z nabożnym
zachwytem i podziwem. Wtedy wiedziała o nim tylko
tyle, że wniósł broń do Zero Sum, a jako szefowa ochrony
27
miała obowiązek go rozbroić i wykopać na ulicę. Później poinformowano
ją, że jego gwardhem jest Ślepy Król, co zmieniało
gruntownie postać rzeczy.
Od kiedy oświecono ją, kim jest, przymykała oko na jego
broń. John i jego dwaj kumple zostali zaliczeni do VIP‑ów.
Odkąd stał się częstym bywalcem klubu, nieustannie czuła
na sobie spojrzenie jego niebieskich oczu. A potem przeszedł
przemianę i zrobił się niesamowicie wielki, a w jego łagodnych,
nieśmiałych oczach pojawił się płomień.
Niełatwo było wyplenić z niego tę dobroduszność, jednak
Xhex, licencjonowanej zabójczyni, udało się w końcu zmrozić
żar w spojrzeniu, jakim za nią wodził.
Spoglądając na ulicę w dole, myślała o chwilach, które
spędzili razem w jej suterenie. Gdy po stosunku próbował ją
pocałować, a jego błękitne oczy tchnęły wrażliwością i dobrocią,
odsuwała się, gasząc go.
Drażnił ją, i tyle. Nie znosiła sentymentalizmu, nie zamierzała
w nikim budzić łzawych uczuć, ani tym bardziej
ich odwzajemniać.
Dlatego właśnie gasiła jego spojrzenie.
Jedyną pociechą był fakt, że John, w towarzystwie samców,
którzy prawdopodobnie próbują ją odszukać, a więc
Mordha, iAma, Treza, no i braci – nie jest jakimś samotnym
straceńcem. Szukał jej w ramach żołnierskich obowiązków,
a nie z powodu skłonności samobójczych.
Nie, John Matthew przez nią nie wkroczy na ścieżkę wojenną.
Wystarczyło jej, że na co dzień oglądała, jak niszczy się
szlachetny samiec, który próbował ją kiedyś uratować. Nie
miała ochoty na powtórkę.
Kiedy z dołu doszedł ją zapach pieczonej wołowiny, zakręciła
kran myśli i domknęła wokół siebie pancerz.
Jej „kochanek” mógł się pojawić w każdej chwili, powinna
więc zamknąć właz umysłu i szykować się do rychłej walki.
Dopadło ją głębokie zmęczenie, ale pogoniła je na zbity pysk.
28
Potrzebowała krwi jeszcze bardziej niż snu, ale w najbliższym
czasie nie mogła liczyć ani na jedno, ani na drugie.
Na razie musiała stąpać ostrożnie po rozpiętej nad przepaścią
linie.
No i sprzątnąć swojego porywacza.
2.
Chronologicznie rzecz biorąc, Blasther, syn Rocke’a, znał
Johna Matthew niewiele ponad rok, to jednak nie oddawało
rzeczywistego trwania ich przyjaźni.
W każdym życiu istnieją dwie linie czasu: absolutna i relatywna.
Absolutna to uniwersalny cykl dni i nocy, których
suma w ich przypadku wynosiła nieco ponad trzysta sześćdziesiąt
pięć. Inną sprawą był sam przebieg tego czasu: dramatyczne
wypadki, śmierć, destrukcja, trening, walka.
Innym starczyłoby tego na dwieście lat.
Lat, których nadal przybywało, myślał Blasth, patrząc na
swojego kumpla.
John Matthew oglądał wzory tatuaży na ścianach salonu:
czaszki, sztylety, flaga amerykańska, jin i jang. W podzielonym
na trzy klitki salonie wydawał się wielki jak przybysz
z jakiejś obcej planety. Do przemiany cherlawy i mikry, teraz
miał muskuły zawodowego zapaśnika, ale że był bardzo wysoki,
jego mięśnie na długich kończynach układały się ładniej
niż u kulturystów rasy ludzkiej. Zaczął ścinać ciemne włosy
na jeża i jego przystojna twarz nabrała surowego wyrazu –
z podkrążonymi oczami wyglądał jak własny cień.
Życie nieźle mu dało po kościach, jednak kolejne ciosy
losu zdawały się go hartować bez końca. Nie pozostało w nim
nic z młodego chłopca, którym był jeszcze do niedawna.
To właśnie jest dorastanie: zmienia się ciało i zmienia
się umysł.
29
Patrząc na przyjaciela, nie mógł nie myśleć o tym, że okoliczności,
w jakich utracił swą niewinność, były zbrodnią.
Nagle jednak uwaga Blastha skierowała się na recepcjonistkę,
która pokładała się na szklanej ladzie nad gablotą z narzędziami
do tatuażu, prezentując jędrny biust w czarnym
staniku pod czarną koszulką bez rękawów. Miała dwa tatuaże
na ramionach: czarno‑biały
i czarno‑czerwony
i szare tytanowe
kółka w nosie, brwiach i uszach. Była żywą reklamą
wyrobów salonu: seksowna i hardkorowa, z wargami koloru
czerwonego wina i włosami jak skrzydło kruka.
Wszystko w niej pasowało do Khilla. Swój trafił na
swego.
Naturalnie różnobarwne oczy Khilla zdążyły już spocząć
na niej, a na jego twarzy wykwitł drapieżny uśmiech.
Blasth wsunął rękę do kieszeni skórzanej marynarki, by
zmacać paczkę czerwonych dunhillów. Życie erotyczne Khilla
zdecydowanie wpędzało go w nałóg.
Zanosiło się na to, że tej nocy wbije sobie kilka kolejnych
gwoździ do trumny: Khill podszedł lekkim krokiem do recepcjonistki,
pijąc ją wzrokiem, jakby konał z pragnienia, które
ona jedna mogła ugasić. Nie spuszczając oczu z jej biustu,
przedstawił się i zapytał o imię, a ona dała mu pełniejszy
wgląd w swoje wdzięki, opierając się na łokciach i podając
pierś do przodu.
Blasth mało nie dostał zawału.
Odwrócił się od Playboy TV przy kasie fiskalnej i podszedł
do Johna.
– Ten jest fajny – pokazał szkic sztyletu.
Też myślisz, żeby sobie zrobić tatuaż? – zamigał John.
– Jeszcze nie wiem.
Prawdę mówiąc, uwielbiał tatuaże.
Jego wzrok powędrował do Khilla. Potężne ciało kumpla
nachylało się nad samiczką człowieków, jego szerokie bary,
wąskie biodra i długie, muskularne nogi zapowiadały niezłą
jazdę.
30
Kiedy się kochał, był niesamowity.
Blasth wiedział to niejako z drugiej ręki. Widział, słyszał…
i wyobrażał sobie, jak by to było. Kiedy jednak pojawiła
się taka szansa, został oddelegowany do wąskiej grupki
osób o zablokowanym dostępie.
Bardzo wąskiej. Jednoosobowej.
– Czy to… czy to będzie tak zawsze boleć? – spytał kobiecy
głos.
Odpowiedziało jej męskie burczenie. Blasth spojrzał
w stronę tamtej dwójki. Blondyneczka ze świeżą dziarą właśnie
ostrożnie utykała koszulkę do spodni, zakrywając celuloidowy
opatrunek. Zawisła wzrokiem na ustach tatuażysty,
jakby od jego werdyktu miało zależeć jej życie.
Potem obie laski udały się do recepcjonistki po zwrot kasy
dla tej, która się rozmyśliła.
Patrzyły zalotnie na Khilla.
Tak było wszędzie, gdzie się pojawiał, i za to Blasth go
również wielbił, choć jednocześnie za każdym razem czuł
ból swojego odrzucenia.
– Jakby co, jestem gotów! – zawołał tatuażysta.
John z Blasthem przenieśli się na tyły salonu, a Khill porzucił
recepcjonistkę jak szkodliwy nałóg i ruszył za nimi. Na szczęście
bardzo poważnie podchodził do swoich obowiązków ahstrux
nohtrum Johna, którego nie wolno mu było odstępować nawet
na krok, i wymóg ten znaczył dla niego więcej niż seks.
John usiadł na klęczniku do tatuażu, wyjął kartkę i rozłożył
na biurku tatuażysty.
– Rozumiem, że wszystkie cztery symbole mają być na
górze pleców?
Możesz ozdobić je jak chcesz, ale muszą być wyraźne – zamigał
John, a Khill przetłumaczył jego słowa.
– Nie ma sprawy. – Szpenio chwycił czarny pisak, zdobiąc
szkic wykwintnymi zawijasami. – A tak nawiasem mówiąc,
to co to jest?
– Takie tam sobie symbole – odparł Khill.
31
Tatuażysta kiwnął głową, nie przerywając rysowania.
– Może być tak?
Wszyscy trzej nachylili się nad rysunkiem.
– O rany, zajebiste – mruknął Khill.
Rysunek rzeczywiście był znakomity, godzien, by znaleźć
się na plecach Johna, choć oplecione zawijasami runy
Starego Języka nie miały być widoczne dla postronnych. Jak
wiele wytatuowanych osób, chciał mieć na plecach wypisaną
swoją tajemnicę, a pełna szafa koszul pomoże mu zakryć
rysunek.
– Przekalkuję ten wzór na ciebie. To potrwa chwilę, za to
potem od razu weźmiemy się do roboty.
John odstawił kryształowy słoiczek z barwnikiem na biurko
i zaczął zdejmować kurtkę. Blasth, siedząc na stołku, odbierał
od niego broń. Zważywszy na to, ile John miał wszystkiego
po kieszeniach, kurtka raczej nie powinna zawisnąć od
razu na wieszaku.
Zdjąwszy koszulkę, John usadowił się na klęczniku,
opierając ręce przed sobą na wywatowanym oparciu. Szpenio
przerysował szkic na kalkę, którą przyłożył do jego pleców.
Rysunek rozkładał się idealnym łukiem na wielkiej powierzchni
umięśnionych pleców Johna.
Tak, runy Starego Języka są naprawdę piękne, stwierdził
Blasth.
Choć wiedział, że to głupie, nagle zamarzyło mu się, żeby
jego imię pojawiło się na plecach Khilla w postaci nacięć na
skórze, jak podczas rytuału godowego.
Marzenia ściętej głowy. Byli za to najlepszymi przyjaciółmi,
co przecież było lepsze, niż gdyby się w ogóle nie znali.
A że nie mogli być kochankami? Cóż, u tych drzwi mógł
najwyżej pocałować klamkę.
Rozporek zaczął mu się niebezpiecznie wybrzuszać.
Trzymał na kolanach zmiętą stertę ubrań. Starannie złożył
podkoszulek, potem koszulę, wreszcie kurtkę Johna. Kie32
dy podniósł głowę do góry, Khill wodził w zadumie palcem
po ramieniu recepcjonistki.
Skończy się tym, że znikną w kabinie po lewej. To stało
się już rytuałem. Drzwi wejściowe do salonu zostaną zamknięte
na zasuwę, zasłonka między pomieszczeniami była
dosyć cienka, zresztą Khill będzie bzykał, nie odpinając broni
dla bezpieczeństwa Johna. Raz, dwa i po krzyku.
Więc będzie musiał tylko tego słuchać…
Zawsze to lepiej niż oglądać, tym bardziej że Khill wyglądał
pięknie, kiedy się kochał. Zbyt pięknie.
Dawniej, kiedy Blasth próbował jeszcze z dziewczynami,
zdarzało im się wspólnie przelatywać jakieś samice człowieków,
których twarzy, ciał i imion w ogóle nie pamiętał.
Od zawsze pragnął tylko Khilla.
Szczypanie igły do tatuażu należało prawie do przyjemności.
John zamknął oczy, oddychając głęboko. Myślał o punkcie,
w którym metal styka się ze skórą, o tym, jak twarde
ostrze przebija miękką tkankę i pojawia się kropla krwi,
i o tym, skąd wie dokładnie, gdzie jest igła.
Aktualnie igła do tatuażu poruszała się po górnej partii
jego barków.
Sam miał niemałe doświadczenie w dziurawieniu skóry
metalowym ostrzem, co prawda większych rozmiarów i raczej
jako sprawca niż ofiara. Naturalnie został draśnięty parokrotnie
w walce, ale sam częściej dziurawił nieumarłych.
Podobnie jak tatuażysta, zawsze nosił narzędzia przy sobie:
w kieszeniach kurtki miał całą kolekcję broni białej, w tym
noże sprężynowe i kawał łańcucha, a do tego parę rewolwerów,
ot tak, na wszelki wypadek.
Oraz… parę metalowych włosiennic na uda, choć tych
nie zamierzał testować na wrogu.
Włosiennice nie były bronią i chociaż od czterech tygodni
nikt ich nie zakładał, nie śniedziały bezużytecznie. Dla
33
Johna włosiennice były kołem ratunkowym, dzięki któremu
utrzymywał się na powierzchni.
Rzecz w tym, że te bolesne obejmy były jedynymi więzami,
jakie łączyły go z ukochaną, a zważywszy na siłę jego
uczuć, miały wręcz posmak relikwii.
To wszystko jednak było mało. Włosiennice, które Xhex
nosiła wokół ud, by okiełznać swoją symphacką naturę, zdawały
mu się zbyt nietrwałe i to doprowadziło go tu, do salonu
tatuażu, gdzie poddawał się intymnemu zespoleniu metalu
ze skórą. Kiedy zejdzie z klęcznika, Xhex będzie z nim
już na zawsze – na jego skórze i w jego sercu, na jego plecach
i w jego myślach…
Oby ten samiec człowieków nie spartaczył tatuażu.
Kiedy bracia z jakichś powodów potrzebowali tatuażu,
Vrhedny włączał maszynkę, a był prawdziwym mistrzem;
czerwona łza na policzku Khilla i czarna data na jego karku
były naprawdę zajebiste. Niestety, gdyby John udał się do V
w swojej sprawie, nieuchronnie posypałyby się pytania.
Niewiele miał tajemnic przed braćmi, ale swoje uczucia
do Xhex wolał zachować dla siebie.
Prawda była taka, że się w niej kochał, i to na zabój, dwa
serca złączone, klucz rzucony w morze itd. Nie przeszkadzało
mu nawet to, że jego romantyczne wzloty spotykały
się z nikłym odzewem. Pogodził się z tym, że jego ukochana
go nie kocha.
Ale nie mógł znieść myśli, że kona w powolnych męczarniach,
torturowana przez reduktorów, a on nie może jej zapewnić
nawet godziwego pochówku.
Zniknięcie Xhex spędzało mu sen z powiek. Zżerało go
obsesyjne myślenie o niej. Czuł morderczą nienawiść do tego,
kto ją porwał. Ale nie chciał rozmawiać o tym z nikim.
Jedyną pociechą był fakt, że Bractwo nie zamierzało siedzieć
z założonymi rękami. Nigdy nie zostawiało bez pomocy
tych, którzy zaginęli w akcji, a Xhex była pełnoprawnym
członkiem załogi, której zadaniem było odbić Mordha z ko34
lonii symphatów. Kiedy pył opadł i okazało się, że nigdzie
nie ma nawet śladu Xhex, uznano, że została porwana – albo
przez symphatów, albo przez reduktorów.
Trudno powiedzieć, co gorsze.
W poszukiwaniach Xhex brali udział wszyscy, nie wyłączając
Johna, Khilla i Blastha. Tym samym odnalezienie jej
było służbowym zadaniem Johna.
Brzęczenie maszynki ustało. Tatuażysta wytarł plecy Johna.
– Fajnie wyszło. – Z powrotem wziął się do roboty. – Robimy
za jednym zamachem, czy w dwu podejściach?
John zamigał do Blastha.
– Prosi, żebyś dziś skończył, jeśli zdążysz – przetłumaczył
Blasth.
– Dam radę. Mar, zadzwoń do Ricka i powiedz, że będę
późno.
– Się robi – odparła recepcjonistka.
Nie, John nie zamierzał pokazywać braciom swojego tatuażu,
nawet jeśli wyszedł na medal.
Życie go nie rozpieszczało. Urodzony w toalecie na dworcu
autobusowym, został znaleziony przez sprzątacza i był
o włos od śmierci. Potem przemielił go system opieki społecznej
człowieków. Przygarnięty przez Tohra i jego partnerkę,
wkrótce przeżył jej morderstwo i zniknięcie swojego
opiekuna. A teraz Z, wydelegowany do kontaktów osobistych
z nim, był z oczywistych powodów zaabsorbowany
swoją krwiczką i ich młodym.
Nawet Xhex odepchnęła go tuż przed tamtymi tragicznymi
wydarzeniami.
Dlatego nie zamierzał nikomu zawracać sobą głowy. Zresztą
nieoglądanie się na nikogo miało swoje zalety i pozwalało
nurzać się w obsesyjnych fantazjach o złapaniu jej porywacza
i rozszarpaniu sukinsyna na strzępy.
– Powiesz mi, co ten napis znaczy? – spytał tatuażysta.
John przyjrzał mu się. Właściwie nie miał powodów, żeby
taić przed nim prawdę, którą Blasth i Khill i tak znali.
35
– Mówi, że to imię jego dziewczyny – przetłumaczył lekko
zaskoczony jego decyzją Blasther.
– Tak też sobie myślałem. Chcecie się pobrać?
– To tatuaż żałobny – wyjaśnił znowu Blasth.
Tatuażysta odłożył maszynkę na stolik na kółkach, obok
słoiczków z barwnikami. Podwinął rękaw czarnej koszuli, demonstrując
przedramię ozdobione podobizną pięknej dziewczyny
z rozwianymi włosami, której oczy wydawały się patrzeć
wprost na Johna.
– Była moją dziewczyną, ale nie ma jej już pośród żywych.
Wiem, co czujesz. – Gwałtownie obciągnął mankiet.
Kiedy włączał ponownie maszynkę, John czuł, że się dusi.
Zżerała go myśl, że Xhex prawdopodobnie nie żyje; jeszcze większą
udręką było wyobrażanie sobie okoliczności jej śmierci.
Wiedział, kto porwał Xhex. Istniało tylko jedno logiczne
wyjaśnienie: Gdy zagłębiła się w labirynt, by uwolnić Mordha,
pojawił się Lahser. Potem zniknęli oboje. To nie mógł
być przypadek. Nikt nic nie widział, choć w jaskini, w której
przetrzymywano Mordha, była jeszcze z setka symphatów,
a Lahser nie należał do tuzinkowych reduktorów.
Bez wątpienia był godnym synem swojego ojca. Czarcim
nasieniem Omegi. I, jako taki, dysponował odpowiednią paletą
niecnych sztuczek.
John miał szansę obejrzeć parę jego trików podczas bitwy
w kolonii symphatów: pieprzony gnój potrafił strzelać pociskami
energii z gołych dłoni i stawić czoło bestii Rankohra,
więc porwanie Xhex na oczach wszystkich to było małe
piwo. Jednak gdyby Xhex zginęła tamtej nocy, znaleźliby jej
ciało. Gdyby oddychała, a była ranna, skomunikowałaby się
telepatycznie z Mordhem, który też był półkrwi symphatą.
A gdyby żyła i potrzebowała odrobiny samotności, nie oddaliłaby
się, zanim nie miałaby pewności, że wszyscy bezpiecznie
wrócili do domu.
Wychodząc z podobnego założenia, bracia nie ustawali
w polowaniu na reduktorów. Choć większość wampirów po
serii ataków na ich domy wycofała się do swoich kryjówek
w głębi stanu, Korporacja Reduktorów pod egidą Lahsera
dla podreperowania budżetu wzięła się za handel narkotykami,
który prosperował głównie w śródmieściu, w klubach
przy Trade Street. Klientela przemierzała zasyfione zaułki,
wypatrując dziwnych osobników, którzy cuchnęli jak skrzyżowanie
wyżętego skunksa z wkładką zapachową do elektrycznego
odświeżacza.
Przez cztery tygodnie nie trafili na żaden trop, choć przy
okazji wyszło na jaw, że reduktorzy dilują na ulicy.
John odchodził od zmysłów, głównie z lęku o Xhex, o której
losach nadal nic nie było wiadomo, ale również z powstrzymywanej
żądzy mordu. Nie do wiary, na ile kogoś
stać, jeśli nie ma wyboru – musiał zachować pozory normalności
i zrównoważenia, żeby go nie wykluczono z poszukiwań
Xhex.
Tatuaż był wyłącznie jego dowodem własności; deklarował,
że nawet jeśli Xhex go nie kocha, była jego partnerką,
więc ma prawo złożyć jej hołd, żywej czy martwej. Uczucia
rządzą się własnymi prawami i to, że ktoś kocha bez wzajemności,
nie jest jego winą, tylko smutnym faktem.
Żałował teraz swojej oziębłości, kiedy kochali się z sobą
za drugim razem.
Drugim i ostatnim.
Pora zakręcić kran emocji, zapędzić smutek, żal i odtrącenie
z powrotem do własnego wnętrza, jak dżina, który wymknął
się z butelki. Nie mógł sobie pozwolić na to, żeby się
rozlecieć. Musiał działać, nie ustawać w poszukiwaniach, drążyć
krok za krokiem. Czas płynął szybko, za szybko, i szansa
znalezienia Xhex żywej malała z chwili na chwilę.
Nie sposób negocjować z nieubłaganym ruchem wskazówek
zegara.
Dobry Boże, spraw, bym ją odnalazł.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s