Dallas 63 – Stephen King


Pierwsze zdanie recenzji jest bardzo ważne. Szczególnie w przypadku długich recenzji (a ta pewnie taka będzie). Trzeba zachęcić i zaintrygować. Ale też bez przesady, bo łatwo można przedobrzyć i zdradzić za dużo na samym początku. Należy umiejętnie dobierać słowa, by zwrócić uwagę potencjalnego czytelnika. Trzeba być jak Tommy Lee John w Ściganym. No dobra, jak złocisty motyl na tle szarego nieba. Absolutnie nie należy zaczynać na ten przykład tak: „Dallas ’63 to świetna książka. Być może jedna z najlepszych wariacji na temat podróży w czasie i zdecydowanie najlepsza jaką czytałem.” Tak się nie robi i już.

Chociaż to prawda. Absolutna i najszczersza. Podróże w czasie to temat bardzo delikatny i przedobrzyć jest równie łatwo jak ze wstępem do, cóż, do czegokolwiek. Postrzegamy czas jako coś niezmiennego i stałego. Nawet jeśli bawimy się w grę „co by było gdyby”, nie jesteśmy w stanie przewidzieć konsekwencji. Wiemy tylko, że to czy tamto zrobilibyśmy inaczej. Zupełnie nie myślimy o teoretycznym efekcie motyla, srał pies czy złocistego, czy też ćmy pospolitej. Fantazjując o przeszłości zaniedbujemy teraźniejszość, a przecież najdrobniejsza zmiana, mogłaby nielicho zmienić życie.

Zaczynając czytać „Dallas ’63” zastanawiałem się jak King wybrnie z tego, co sam sobie wrzucił na garb. Tu nie idzie o drobne modyfikacje w przeszłości gwoli zaciekawienia czytelnika i zbudowania fabuły. King postanowił wysłać swojego bohatera w przeszłość, by zmienić wydarzenie zwrotne dla historii Ameryki – ocalić prezydenta Kennedy’ego przed zamachem, który do dziś owiany jest tajemnicą i wokół którego zbudowano dziesiątki, jeśli nie setki, teorii spiskowych. Ambitnie, nie powiem.

Główny bohater, Jake Epping, w wyniku pewnych perturbacji (zresztą opisanych z jajem) ląduje w roku 1958 za pośrednictwem „króliczej norki”, czyli schodów, których być nie powinno, a są. Do zamachu na prezydenta pozostało pięć lat, ale to akurat nie tak źle, bo najpierw należałoby sprawdzić, czy manipulowanie w tej czasoprzestrzeni rzeczywiście odbija się na teraźniejszości (i w jaki sposób). Tak czy inaczej, przedsięwzięcie trzeba przeprowadzić w jednym podejściu, bo powrót przez króliczą norkę i powtórne wejście w przeszłość zawsze powoduje reset. Jakby nigdy nic. Zmian nie było. Tyleż to dobre, co niedobre, ale pięć lat to nielichy okres do zagospodarowania dla autora (i jego bohatera). Na szczęście Jake ma aż nadto do roboty i nie ma mowy o nudzie.

Po pierwsze, należy zauważyć, że Jake, nauczyciel angielskiego (ach jakże się utożsamiam) z roku 2011, posiadający wiedzę i nawyki z tegoż okresu musi przystosować się do nowych, a właściwie starych realiów i to w taki sposób, by nikt się nie zorientował. Jawny szpieg z krainy kryzysu globalnego i wojny w Iraku ma niczym wspomniany Tommy Lee odnaleźć się w świecie zimnej wojny, rasizmu, długich spódnic i benzyny za kilka centów. Musi się przystosować, co wcale nie jest takie oczywiste.

Nie ma też lekko, bo szybko okazuje się, że przeszłość jest nieustępliwa i nie lubi jak się ją zmienia. Nasz zdeterminowany belfer musi przygotować się na kłody rzucane mu znikąd pod nogi. Musi udowodnić, że jest bardziej nieustępliwy niż sam czas. Musi, bo przeszłość bywa też podstępna. Czasem ześle grom z nieba, czasem sraczkę, a czasem coś bodaj bardziej nieustępliwego i nieprzewidywalnego od przeszłości i przeznaczenia razem wziętych – kobietę. Tak, znalazło się miejsce na wątek miłosny. Jest to zasadniczo jeden z najciekawszych wątków miłosnych ever. Jestem samcem, nie mam o tym pojęcia, więc wiem najlepiej.

Przez dużą część książki Jake eksperymentuje, gmera przy trybach czasu, przygotowuje się na powstrzymanie zamachowca i toczy boje z przeciwnościami. Tempo akcji może nie jest zawrotnie szybkie, ale przyspiesza w odpowiednich momentach i trzyma w napięciu od początku do końca. King świetnie buduje atmosferę lat sześćdziesiątych i naprawdę przenosi czytelnika w zwariowane czasy (tak dla nas jak i bohatera), budując świat przekonujący i pełny, tętniący życiem, wspaniałościami, absurdami i anachronizmami. Nie można też nie pochwalić dobrej roboty tłumacza, Tomasza Wilusza, któremu udało się oddać przepaść między bohaterem tu i teraz oraz światem tam i wtedy. Duży nacisk w książce został położony na powtarzalność określonych zwrotów i sytuacji (bo przeszłość lubi się przecież oprócz wszystkiego powtarzać, czy też harmonizować), a więc tym większe brawa dla Pana Tomasza, który podołał wyzwaniu śpiewająco.

Z zakończeniem w takich książkach jest spory problem. Nie można przedobrzyć, bo powieść zrobi się nieprzekonująca, a co za tym idzie, zburzy harmonię i logikę, którą czytelnik zdążył zaakceptować sięgając po książkę. To nie jest przecież klasyczne fantasy, w którym łykamy wszystko jak leci „bo tak”. Nie można też uciąć fabuły jak nożem, bo wtedy pozostaniemy rozczarowani i ze swoistym niedosytem. Trudna sprawa, powiadam Wam. Niemniej, King zrównoważył wszystkie elementy wprost idealnie, to też po przerzuceniu ostatniej strony poczułem najzwyczajniej w świecie radość z dobrze ulokowanego czasu wolnego. Co więcej, sam poświęciłem chwilkę na zabawę w „co by było gdyby”, tak gdzieś między zaparzeniem kawy, a przycupnięciem do pracy. To więcej niż mogę powiedzieć o większości książek, które ostatnio połknąłem. Nazwijmy to trzepnięciem skrzydłami motyla, które może mieć cholera wie jakie efekty. Może jutro obudzę się i zawezmę sobie szukanie króliczej nory. Przypuszczalnie jest jedna taka w mojej szafie, ale bajzel tam taki, że strach się bać.

„Dallas ’63” to świetna książka, poparta niewątpliwie ogromem pracy i dociekań ze strony Autora. Podróż w czasie, temat fascynujący i delikatny zarazem, przedstawiony przez Kinga jest intrygujący i co tu dużo mówić, wciąga. Strony śmigają i nie wiadomo kiedy, bach, patrzymy na zadnią okładkę. Chciałoby się więcej. Zawsze się chce więcej (chociaż ponad 850 stron to nie taka znowu broszurka). Niemniej, doświadczenie podróży jest kompletne i satysfakcjonujące. Najnowsze dzieło Stephena Kinga to wasz wehikuł czasu. To wasza królicza norka, do której zdecydowanie warto zajrzeć.

Ocena: 5,5/6

Vladerik

Za książkę do recenzji dziękujemy wydawnictwu PRÓSZYŃSKI I SPÓŁKA 🙂

Reklamy

8 responses to “Dallas 63 – Stephen King

  • Sil

    Super recenzja. Serio 🙂 Książki nie czytałam a teraz mam ochotę na taką maxi broszurkę w wykonaniu Kinga 🙂 Skoro ty chcesz więcej to ja chcę choć ociupinkę 🙂

  • mateuszfrackowiak

    zgadzam sie w 100% i polecam rowniez. ksiazka jest naprawde swietna, czyta sie wysmienicie.

  • zaczytAnia

    „Jestem samcem, nie mam o tym pojęcia, więc wiem najlepiej.” to jednozdaniowa definicja męskiego ego.
    Leżę i wyję 😉

  • Wakacyjna

    Recenzja brzmi bardzo zachęcająco. Już nie mogę się doczekać kiedy przeczytam tą książkę. Naprawdę nie wiem jak to możliwe, że ja przy takiej ilości przeczytanych książek, nie czytałam jeszcze nic Kinga. Muszę to naprawić 🙂

    • Vladerik

      Jeśli nie czytałaś jeszcze nic od Kinga, Dallas to niezły początek…potem jest istna lawina innych rownie dobrych, a często jeszcze lepszych czytadeł

  • Vladerik

    Ekranizacja się podobno robi, ale niestety Frank Darabont się nią nie zajmuje, ino niejaki Jonathan Demme. Nie wiem. Mam mieszane uczucia.

  • Raven

    Kurcze no, zachęciłeś mnie strasznie. Tylko te 850 stron mnie odstraszyło (pamiętam, kiedy czytałem „TO” Kinga… aż się biblioteka o książkę upomniała >.>). Może kiedyś, jak w końcu nadrobię zaległości (czyli na emeryturze, której pewnie nie dożyję), albo jak Frank Darabont zekranizuje powieść 😀

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: