Coś na progu # 1


Niedawno w moje macki wpadł pierwszy numer magazynu Coś na progu. „Ok, kolejny magazyn o fantastyce” – pomyślałem, kiedy nagle z okładki uderzyła mnie jedna rzecz „Temat numeru – H. P. Lovecraft i jego wpływ na kulturę popularną”. No cóż, od razu wziąłem się za czytanie. 

Ogólnie o czymś

Od razu zaznaczam, że jeżeli szukacie „kolejnego typowego magazynu o fantastyce”, to niestety nie macie tu czego szukać (znaczy szukać możecie, ale zapewne znajdziecie coś innego niż to, czego szukacie). Z górnej części okładki bije po oczach pasek z napisem „Kryminał Horror Opowieści Niesamowite” i właśnie tego powinniście się spodziewać. Magazyn jest dwumiesięcznikiem, a jego pierwszy numer został wydany na marzec-kwiecień 2012. Czy warto wydać na pierwszy numer 8,90zł, pod koniec kwietnia, kiedy na horyzoncie jawi się numer #2?

Jak wygląda coś

Format magazynu to A5, dzięki czemu bez problemu da się go wszędzie zabrać. Ładna lakierowana (do tego dosyć sztywna) okładka zabezpiecza dodatowo przed uszkodzeniami, a i wizualnie zaprasza czytelnika. No właśnie, zaprasza … Z okładki spogląda na nas pacjent szpitala Arkham, co fanom Lovecrafta powinno już świtać. Jednoznacznie pokazuje to, iż pierwszy numer został zdominowany przez artykuły o samotniku z Providence.

W środku już nie jest tak kolorowo (dosłownie). Magazyn wewnątrz jest czarno-biały, a nawet czarno-szary, więc poza okładką kolorów nie uświadczycie. Czy to źle? Wręcz przeciwnie, bo zamiast skupiać się na obrazkach (niczym tabloidy) Coś na progu od razu pokazuje nam, na co stawia, a są to teksty. Dzięki temu brakuje też kolorwych i krzykliwych reklam, co ja osobiście zaliczam jako wielki plus, bo mimo iż jakieś reklamy tam są, to nie są one upierdliwe i ładnie wplatają się w magazyn (w stylu „zostało pół strony po artykule, to damy reklamę, estetyczniej to będzie wyglądać”), a co więcej wszystkie powiązane są z tematyką pisma, więc reklam gier na komórki, albo szamponów do włosów na pewno tu nie znajdziecie 😉

Coś w środku

No właśnie, teksty. Jak już wspomniałem, numer zdominowany jest przez H. P. Lovecrafta. Możecie przeczytać artykuł o inspiracjach autora do dwóch z jego bardziej znanych utworów, o jego esejach i listach (zdziwicie się ile ich pisał i jakie mają znaczenie!). Przeczytacie też o ponadczasowości autora w tekście Joanny Kułakowskiej, który (ostrzegam) napisany jest językiem wręcz naukowym, co może odstraszać, ale jak ma być profesjonalnie, to będzie! Mnie osobiście najbardziej spodobały się teksty o komiksach i muzyce inspirowanej Lovecraftem. Zaraz po przeczytaniu ich, zacząłem szukać gdzie owe publikacje i utwory można zdobyć.
W dziale „gry”, dowiecie się, że karcianka z Cthulhu w roli główniej, może być w wersji ‚na wesoło’ (ja się zapewne skuszę :D), a Cthulhu Dice może być miłą, prostą i tanią odskocznią od bardziej ambitnych gier planszowych.Na deser mamy wiersz samego mistrza z Providence, w sam raz dla tych, którzy znają go głównie z prozy.

Uff.., to dopiero temat numeru, a przecież są i inne teksty. Do przeczytania czekają artykuły: o wampirzycy Carmilli (która lepiej działa na dziewczyny niż słynny Edward!) i jej „przygodzie” z kinem, o twórczości Borisa Akunina (i o tym czemu owy autor, który wziął się znikąd zawojował Rosję swoimi kryminałami), o tym czym są książki z gatunku bizarro fiction (aż z chęcią bym jakąś przeczytał, zwłaszcza „Szatańskiego burgera” :D), o horrorach w wersji anime (łącznie z ich krótką historią i co bardziej wymyślnymi przykładami), o szwedzkim detektywie Wallanderze, czy nawet o historiach polskich seryjnych morderców, które aż proszą się o zekranizowanie. Na wielkie uznanie zasługuje tez wywiad kryminalny z medykami, który obala wiele mitów na temat badania miejsca zbrodni (CSI, wstydź się!) i polega na rozmowie z autentycznymi medykami sądowymi. Na dokładkę podano dwa opowiadania: „Makak”, czyli mocny tekst Edwarda Lee (tylko dla dorosłych!) z lekką nutką … nie napiszę, żeby nie psuć 😛 i „Engramy Szatery” Stefana Grabińskiego, pisane dosyć archaicznym językiem (w końcu tekst powstał niemal na początku XX wieku) opowiadanie ze sporą dozą niesamowitości. Na sam koniec mamy odważne wyznanie Marcina Wrońskiego, strip komiksowy … i tyle.

Mimo wszystko jest to sporo naprawdę świetnych tekstów zmieszczonych na 64 stronach.

Coś na koniec 

Zatem, czy warto wpuścić Coś na progu do swojej głowy? Jeżeli jesteście fanami twórczości Lovecrafta, zapewne już to zrobiliście, chyba że nie wiedzieliście o istnieniu magazynu (co z pierwszymi numerami zdarza się dosyć często). Tak czy siak, dla fanów mitologii Cthulhu i jej autora – pozycja obowiązkowa. Jeżeli chodzi o resztę czytelników, no cóż, jeżeli jesteście wielbicielami wszelakich opowieści niesamowitych, horrorów, czy kryminałów, dajcie Coś na progu szansę, a zapewniam, że już z waszej głowy nie wyjdzie :>

Raven

Za magazyn do recenzji dziękuję wydawnictwu DOBRE HISTORIE 🙂

……………………………………………………………………………………………………………………………..

„WYWIAD Z ALEKSANDREM RUDAZOWEM”

 

Agnieszka Papaj

 

Aleksander Walentynowicz Rudazow – rosyjski pisarz-fantasta, pochodzący z Samary. Autor ma w swoim dorobku siedemnaście powieści i dwa zbiory opowiadań. Zadebiutował w 2004 roku powieścią Arcymag. Książka ukazała się w Polsce rok później, w tym samym czasie otrzymała nagrodę „Miecz bez imienia” wydawnictwa Armada. Zajęła także III miejsce na festiwalu fantastycznym Gwiezdny Most, w kategorii „Najlepszy debiut książkowy”.

Agnieszka Papaj: Jak wygląda życie pisarza we współczesnej Rosji? Uważa Pan swoją pracę za trudną czy raczej określiłby ją pan, jako lekką i przyjemną?

Aleksander Rudazow: To zależy, do czego ją porównamy. Bez wątpienia jest to o wiele łatwiejsze zadanie, niż kłaść asfalt. Z drugiej strony nie nazwałbym też mojej pracy samą rozrywką. Poza tym, zawód pisarza przechodzi teraz poważny kryzys. I to nie tylko w Rosji, ale i na całym świecie. Można powiedzieć, że papierowe książki przeżywają swoje ostatnie lata świetności. Czytelnicy coraz częściej przerzucają się na czytniki elektroniczne. Na razie trudno powiedzieć, do czego to wszystko doprowadzi.

Agnieszka Papaj: Jak wygląda typowy dzień pracy rosyjskiego pisarza?

Aleksander Rudazow: Najzwyczajniej, jak u każdego. Jedyna różnica polega na tym, że droga do pracy zajmuje mi kilka sekund. I oczywiście sam sobie ustalam grafik. Ale poza tym – nie ma w tym nic nadzwyczajnego.

Agnieszka Papaj: Dlaczego zdecydował się pan akurat na powieści grozy i fantastykę? Co właściwie fascynuje Pana w tym świecie?

Aleksander Rudazow: Większość autorów pisze książki z takiego gatunku, jaki sami lubią czytać.

Jeśli byłbym fanem powieści kryminalnych – pisałbym kryminały. A skoro wolę fantastykę, to również własne powieści tworzę w tym klimacie. Chociaż mam też marzenie, aby stworzyć powieść historyczną. Zobaczymy, co z tego wyjdzie.

Agnieszka Papaj: Jakich pisarzy uznaje Pan za mistrzów w swoim gatunku? Wzoruje się Pan na czyjejś twórczości?

Aleksander Rudazow: Patrząc na współczesnych autorów, jako pierwszego wymieniłbym Terry’ego Pratchetta. To mój ulubiony pisarz. Ale do najlepszych zaliczyłbym również George’a Martina i Andrzeja Sapkowskiego. Spośród rosyjskojęzycznych inspirację czerpię z twórczości Aleksandra Gromowa i Anny Korostelewej, jednak mój faworyt to Henry Lion Oldi*.

[* Pseudonim charkowskich pisarzy-fantastów: Dymitra Gromowa i Olega Ładyżeńskiego. Pseudonim to anagram imion pisarzy: OL(eg) i DI(ma), G i L natomiast to pierwsze litery nazwisk obu autorów – przyp. tłum.]

Agnieszka Papaj: Skąd jeszcze czerpie Pan inspirację?

Aleksander Rudazow: Praktycznie zewsząd. Wszystko potrafi mnie zainspirować – jakieś zdarzenie w życiu, coś, co zobaczę na ulicy, rozmowa, sen, artykuł w gazecie. Nigdy nie wiadomo, co i kiedy naprowadzi nas na ciekawą myśl. Trzeba przyznać, że mam bogatą wyobraźnię, pomysłów mi nie brakuje. Ale same z siebie nie są one wiele warte. Pomysł trzeba wyhodować, opracować, przelać na papier. A to już nie jest takie proste.

Agnieszka Papaj: Od zawsze chciał Pan zostać pisarzem czy w grę wchodziły też inne zawody?

Aleksander Rudazow: Nie, to było moje marzenie z dzieciństwa. Ot tak, jak inne dzieci marzą o byciu kosmonautą. Oczywiście na początku sam nawet nie brałem tego na poważne. Na przykład, skończyłem typowo techniczną uczelnię. Z zawodu jestem inżynierem-konstruktorem lotniczym.

Fragment wywiadu mogliśmy opublikować dzięki uprzejmości wydawnictwa DOBRE HISTORIE. Dziękujemy! 🙂

Reklamy

One response to “Coś na progu # 1

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: