Smutna historia braci Grossbart – Jesse Bullington


Czego trzeba, żeby się utożsamić z bohaterami książki? Wiadomo, postać musi być inteligentna, przystojna/piękna, silna, musi mieć cięty język i w ogóle być przynajmniej tak niesamowita jak czytelnik. Ba, musi być nawet lepsza, aby rzeczony czytelnik mógł powiedzieć: „Tak, ten super heros/super modelka/super coś-tam jest prawie, ale to prawie tak wspaniały/a jak ja” (prawie – nie do końca, ale przecież nikt nie jest tak wspaniały jak ja). Co, nie macie tak? No nieważne. W każdym razie, co począć z książką, której głównymi bohaterami są dwa buraki ze skłonnościami do wyrządzania krzywdy, nieco ograniczoną inteligencją oraz przeświadczeniem, że są lepsi od samego boga? Co tam boga, najpewniej lepsi nawet od czytelnika, gdyby tylko spytać ich o zdanie.

„Smutna historia braci Grossbart” wcale nie jest taka znowu smutna, od tego należałoby zacząć. To podszyta sporą dawką humoru opowieść o dwóch braciach, parających się szlachetną profesją hien cmentarnych. Ich jedynym celem są kosztowności wszelakie, które leżą sobie gdzieś w mogiłach i zasadniczo się marnują. Podobno w Egipcie, znaczy się, ‘Gipcie’ – bo tak nasi niewykształceni bohaterowie odnoszą się do krain południa – sporo jest okazałych grobów, to też niewiele myśląc i nie mając większego wyboru, bo w rodzinnych stronach się było narozrabiało, ruszają na spotkanie bogactw. Jeśli zaś w drogę wejdzie im jakiś kretyn, a takim mianem należy określić każdego, kto nie jest Grossbartem, mówi się trudno, problemy trzeba rozwiązywać. Innymi słowy, szlak braci znaczy pożoga, zniszczenie i pomór. Nie, żeby tak to wyglądało z perspektywy (anty)bohaterów, o nie. Według naszych Długobrodych są oni ostoją szlachetności i pobożności, a wszystko co złe jest jedynie wrednym pomówieniem.

A zła, to jest pomówień, jest całkiem sporo. Powieść obfituje bowiem w bardzo brutalne i nieraz obrzydliwe sceny. Autor nie cofnął się przed niczym, nie wyłączając barwnie opisanego gwałtu starej wiedźmy i to, żeby była jasność, wiedźma była stroną gwałcącą. Jeśli już sam krzywię twarz przy lekturze, znaczy jest dość konkretnie. Trudno powiedzieć, czy wspomniane sceny są potrzebne, aczkolwiek nierozłącznie stanowią konsekwencje poczynań braci, a wszelkie niegodziwości, jak powszechnie wiadomo, generują jeszcze więcej niegodziwości. I flaków. I trupów. Rzecz jasna przyjaciół Grossbartom od tego nie przybywa i długie ramię sprawiedliwości (tudzież zemsty) musi ich prędzej czy później dosięgnąć. Chyba.

Bracia-złoczyńcy to nowy, przynajmniej dla mnie, model bohaterów. Jak często można śledzić losy nikczemników i to do tego bynajmniej nie bajronicznych? Grossbartowie to prostaki i gbury, którzy wszelkie konflikty rozwiązują siłą, a do tego trwają w przeświadczeniu o swojej nieomylności i wielkości. Zdawałoby się, że takich postaci nie da się lubić, a jednak sprawują się doskonale w ramach opowiedzianej historii. Nie mógłbym też nie wspomnieć o ich cyklicznych dywagacjach teologicznych, z których to między innymi wynika, że Maryja jest świętsza od boga, bo ten ostatni niechybnie ją wziął siłą. Podobnych wynurzeń jest bardzo wiele i, co tu dużo mówić, bawią. Nie każdego, być może, i nie zawsze, owszem, ale bawią. 

Należy też przyznać, że sama historia bardzo szybko nabiera rumieńców i to, co zaczyna się jako bestialskie morderstwo i ucieczka przed pościgiem, przeobraża się w podróż pełną magii i stworów rodem z podań i bajek (nawet jeśli w wersji hardcore) umiejętnie powiązanych z wydarzeniami historycznymi. Czyta się przyjemnie. Tym bardziej, że powieść jest kompilacją najróżniejszych przekazów o rzeczonych złoczyńcach z Niemiec, a przy tym stanowi spójną i ciekawą historię, która najzwyczajniej w świecie wciąga. Jedynie samo zakończenie wydaje się co bądź nagłe i pozostawia niedosyt. Niemniej należy pochwalić autora za to, że nie dał się obecnemu trendowi na tworzenie trylogii. Nie, „Smutna historia…” stanowi kompletną powieść i basta. Zresztą, na tym pochwał nie koniec, bo Grossbartowie to koniec końców pisarski debiut Jesse Bullingtona. Pisarz dobrze rokuje i mam nadzieję, że jego kolejne powieści będą równie absorbujące i świeże.

„Smutna historia braci Grossbart” stanowi uroczą odmianę i dowód, że główni bohaterowie nie muszą być cudowni, piękni i inteligentni. Może trudno się z nimi utożsamiać ale całkiem łatwo im sympatyzować, kiedy już przyjmie się założenia, którymi raczy autor. Nie jest to pozycja dla czytelników o słabym żołądku, biorąc pod uwagę z jaką dbałością Jesse opisuje, dajmy na to, ropiejące dymnice na ciałach dręczonych chorobą ludzi (i demonów), czy też wszelkiej maści krwawe potyczki, ale po lekturę warto sięgnąć. Choćby po to, by bliżej poznać historię o dwóch takich, co ukradli…cokolwiek się nawinęło.

Ocena: 5/6

Vladerik

Za książkę do recenzji dziękujemy wydawnictwu MAG 🙂

Reklamy

One response to “Smutna historia braci Grossbart – Jesse Bullington

  • Raven

    Zachęciłeś mnie tą wiedźmą i obrzydlistwami 😀
    Aż się przypomina „Historia pana B.” też pełna obrzydliwości, czarnego humoru i anty-bohaterów w rolach głównych 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: