Syrena – Kiera Cass


syrenaCyklem „Selekcja” zachwyciłam się, bo opowiadała o takim Kopciuszku, który z nikogo stał się królową. Wydana, jak do tej pory, w czterech częściach wcale, a wcale mi się nie dłużyła, a wręcz przeciwnie! Bardzo chciałam przeczytać kolejne tomy, a później, co się wydarzyło dwadzieścia lat później, kiedy to księżniczka ma dokonać wyboru męża. Kierę Cass polubiłam za „Rywalki”, a za „Syrenę” mogłabym przestać. Jednakże zdaję sobie sprawę, że jest to pierwsza książka, jaka wyszła spod pióra pani Cass i nie jest ona idealna.

Kahlen jest syreną, którą stała się za sprawą Matki Ocean, a żeby żyć musiała zgodzić się na układ i odsłużyć sto lat służąc i przyzywając swym głosem statki, by karmić Ją ludzkimi istnieniami. Wraz ze swymi siostrami – syrenami, stanowiły niebezpieczną mieszankę piękna i wdzięku ze śmiercią i grozą. A cóż robić, gdy Ona ich nie potrzebuje? Zwiedzały świat po kilka razy, aż się nim znudziły. Kahlen zaczęła, więc uczyć się migowego, a następnie przebywać z niemymi dziećmi.

Wydaje się, że cenimy indywidualność, lecz tylko do pewnego stopnia. Gdy to, co wyróżnia daną osobę, jest dla nas zbyt trudne do zrozumienia lub okazuje się zbyt kłopotliwe, ignorujemy tę cechę i duszę, w której zamieszkała, żeby nie rezygnować z własnego komfortu. Co dzięki temu osiągamy?”

Któregoś dnia, gdy Kahlen zostało niespełna dziewiętnaście lat, stało się coś, przez co nie mogła się otrząsnąć i pragnęła spokoju, dlatego Matka Ocean przeniosła ją do wschodnich wybrzeży Stanów Zjednoczony. Tym sposobem, poznała Akinlego, chłopaka po przejściach, ale chętnego by jej pomóc.

Kiedy sięgałam po tę książkę, gdy miałam ją w rękach i patrzyłam przez chwilę na jej, nie ukrywajmy, bardzo ładną i przyciągającą wzrok okładkę, to liczyłam na książkę, która totalnie zapanuje nad moimi myślami. Która sprawi, że nie będę umiała się od niej oderwać i w ciągu jednej nocy albo, chociaż dnia, ją przeczytam tak jak dla przykładu „Jedyną”. A co się okazało? Że widywałam się z tą książką, co wieczór przez kilka dni, czytałam ją i czytałam, lecz pierwsze sto dwadzieścia stron wydawało mi się totalnymi zapychaczami. Równie dobrze, można by wcześniejsze życie Kahlen opisać na pięćdziesięciu stronach. Początek był dla mnie (z ręką na sercu i wielkim smutkiem przyznaję) nudny i mało interesujący. Dopiero później, kiedy spotkała Akinlego, akcja jakoś nabrała sensu, jednakże też nie do końca. Ktoś, kto liczy na wartką akcję, jak choćby… w książce „Ogień i woda” Victorii Scott, to się zawiedzie. Nie ma, co porównywać tych dwóch książek, bo tyczą się zupełnie innej tematyki.

Nie potrafię pozbyć się wrażenia, że „Syrena” tak bardzo przypomina „Małą syrenkę” z drobnymi różnicami. W książce, Kahlen podlega Matce Ocean, a jej głos przynosi śmierć. Poznaje przystojnego chłopaka, porozumiewa się z nim za pomocą kartek i mowy ciała. A „Mała syrenka”? Różnica polega na tym, że Arielka sama postanowiła oddać głos, by mieć nogi i stanąć na piaszczystej plaży, ale przecież też ją znalazł książę. Te dwie bohaterki pragnęły poznać prawdziwy smak miłości, ten słodko-gorzkawy smak, tak charakterystyczny dla tegoż uczucia. W przypadku Arielki, wiemy jak się to skończyło, a co z Kahlen? Kto ciekawy, niech się przekona.

Byłem idiotą. Co za kretyn zakochałby się tak szybko, i to na zabój w nieznajomej? To nie było normalne, ale z drugiej strony nic już nie było normalne. Żałowałem, że nie mogę cofnąć czasu o kilka lat, poukładać spraw na nowo i wcisnąć przycisku odtwarzania.”

Co do samych postaci… Kahlen była dobra, posłuszna Matce Ocean do czasu aż się nie zakochała. Akinli, chłopak, który niejedno w życiu przeszedł, był wręcz ideałem, jeśli mówić o rozkochaniu w sobie dziewczyny. Tak naprawdę to wszystkie postaci przysłoniła mi główna sprawczyni nieszczęsnego losu tylu syren – Matka Ocean. Na pozór zimna i nieprzystępna, okazała się współczującą istotą i niemalże… ludzką. Wydawała mi się najbardziej skomplikowana, ale też i otwarta jak księga, z której można czytać. Mam wrażenie, że tą trójkę cechowało jedno: pragnienie miłości, w myśl powiedzenie kochać i być kochanym.

Podsumowując ten już dość długi wywód… książkę mogę i chcę polecić, ale osobom, które lubią baśnie, które lubią rozwijający się bardzo powoli romans, oraz takim, które w jakiś sposób lubią syreny. Ja osobiście przeczytałam mało książek, gdzie główna postać to syrena, muszę to po prostu nadrobić. Książka Kiery Cass, jest tak różna od „Rywalek”, ale nie mniej gorsza, choć da się odczuć nieco różne style. Mimo wszystko, cieszę się, że mam ją na półce.

Ocena: 3/6

PomyLuna

Reklamy

One response to “Syrena – Kiera Cass

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: