Normalne marzenia – Kiersten White


 normalne-marzeniaO żesz bip! bip! mać! Dawno nie męczyłam się tak bardzo przy książce! Nie pamiętam, kiedy zdarzyło mi się czytać 250-stronicą powieść przez prawie trzy miesiące! Naprawdę nie rozumiem, jakim cudem można tak bardzo zepsuć coś ciekawie się zapowiadającego? Tym razem rozumiem dlaczego wydawnictwo nie wydało ostatniej części tej zmaltretowanej trylogii o paranormalnych.

Fabuła

Evie odeszła z MANIP, aby wieść w miarę normalne życie. Co prawda jej współlokatorką jest wampirzyca, chłopakiem pół rusałek, szefem ojciec chłopaka, który pomaga paranormalnym wtapiać się w tłum normalnych, ale poza tym dziewczyna chodzi do liceum, więc na własnej skórze przekonuje się na czym polega ta cała normalność. Żeby ta normalność była jeszcze mniej normalna, Evie podczas snów spotyka się ze swoją siostrą bliźniaczką Vivian, z którą konwersuje na tematy wszelakie, czyli problemy nastolatki pierwszego świata razy sto.

Sielskie życie protagonistki zakłóca atak paranormalnego niewiadomego pochodzenia. Dziewczyna cudem przeżywa, a to dzięki swojej mocy odkurzacza, polegającej na wyssysaniu część mocy i energii porywacza. Po incydencie Raquel proponuje powrót do MANIP na warunkach Evie. Ta się zgadza i nic nie mówi swojemu ukochanemu, aby go nie wkurzać. Nie mówi również mu, że ten jest nieśmiertelny, bo jeśli jest coś gorszego od kłamstwa, to jest nim właśnie porzucenie na rzecz innej nieśmiertelnej niewiasty.

Nowym partnerem Evie zostaje Jack, czternastoletni szalony chłopak, który nie dość, że był wychowywany przez elfy, to jeszcze potrafi podróżować ich ścieżkami, więc w każdej chwili może wziąć kogo chce i przeprowadzić różnymi drzwiami, tam gdzie chce.

Od tej chwili Evie czasem pomaga MANIP chwytać złych paranormalnych, próbuje ukończyć liceum, ukrywać sekret przed Lendem, pracować w restauracji po godzinach i dowiedzieć się, kto tym razem czyha na jej nędzne życie.

Moim zdaniem

W związku z tym, że ta książka ma więcej minusów niż plusów, to zacznę od, według mnie, pozytywnych aspektów.

Po pierwsze, w końcu dowiadujemy się czegoś o rodzicach Evie i Vivian. Po informacji kim są bliźniaczki zaliczyłam totalny facepalm, bo dawno takich bzdur nie czytałam, no ale autorka przedstawiła tatusia i wspomniała o mamusi, której jednak jeszcze nie miałam przyjemności poznać, ale pewnie pojawi się w ostatniej części.

Po drugie, Evie i Vivian rozmawiają razem podczas snów. Fajna umiejętność, sama również chciałabym taką posiadać, zwłaszcza że można sobie podczas snów kreować otoczenie. Jednak to, dlaczego protagonistka komunikuje się ze swoją „złą bliźniaczką” sprawił, że zaliczyłam kolejnego facepalma, no ale ja mam większe problemy w życiu niż rozmyślanie nad „powiedzieć Lendowi o jego nieśmiertelności, czy nie?”.

Po trzecie, autorka napisała co nieco o społeczności elfów oraz trollów, co mnie się spodobało, bo w końcu zrobiło się ciekawiej i nawet pojawia się nadzieja na coś więcej, aczkolwiek nie liczyłabym na to, gdyż autorka nie lubi się rozpisywać na ciekawe tematy. Woli raczej opisywać normalne życie Evie i jej nienormalne przygody w świecie ludzi.

No to teraz trochę bip popluję.

Protagonistka jest mega wkurzająca. Jej nie da się lubić i nawet nie jest mi jej żal z powodu jej przeszłości, która notabene wcale taka zła nie była, bo oprócz nieznajomości biologicznych rodziców, jej życie było całkiem w porządku. Evie w poprzedniej części miała zadatki na silną dziewczynę, a teraz wszystko to, co mogło dodać jej sił zostało przykryte przez jej ciągłe biadolenie. Chciała iść do liceum, poszła i już chodzić nie chce, chciała faceta, dostała i teraz się zamartwia, że nie da rady, bo coś tam. Jej ciągłe niezdecydowanie i niemożność określenia priorytetów, ciągłe ciągnięcie za rękę i brak asertywności z odrobiną umiejętności przeklinania, to naprawdę jest kiepskie połączenie.

Kolejna jeszcze bardziej wkurzająca postać, to Jack – chłopak wychowany przez elfy. Gdyby Evie nie była taką cipą, to już dawno kopnęłaby Jacka z partyzanta, albo chociaż obiła mordę, ewentualnie wrzuciła na płot z podpiętym pastuchem. Serio, ten nastolatek przechodzi samego siebie we wkurzaniu mnie – czytelniczki. Chłopak potrafi tworzyć drzwi elfów i to by było na tyle jego przydatności. Ciągle tylko głupio chichocze i chce się bawić, ciągnie za rękę Evie, a ta kretynka daje mu się prowadzić. Naprawdę zgrana z nich para. BIP!

Reszta postaci ujdzie. Lend z tajemniczego paranormalnego zmienił się w nudnego studenta, którego jedynym zadaniem jest być idealnym facetem dla Evie, Arianna jest ciekawą postacią o tragicznej przeszłości, o której chciałabym więcej czytać. Niestety autorka nie lubi interesujących postaci, dlatego wampirzyca jest tylko zapchajdziurą. Ojciec Lenda – David oraz Raquel są niczym rodzice po rozwodzie i… autorce również nie chciało się rozbudowywać tej dwójki dorosłych. No i są jeszcze złe elfy. Takie złe, tak bardzo złe, że aż się dziwię, że nie posrałam się ze strachu. Niby Reth ma zadatki na psychopatę, ale autorce po raz kolejny nie chciało się myśleć nad ewolucją postaci. Zostało tylko okazjonalne pojawianie się i mówienie „bu!”.

Ale nie tylko postacie są bolączką tej powieści. Fabuła jest uboga, a spodziewałam się ciekawego rozwinięcia kilku wątków z pierwszej części. Czytając książkę, miałam wrażenie, że to jest część 1,5 lub jakiś długi rozdział. Autorka prawie wcale nie opisała szczegółów odnośnie innych paranormalnych ras. Takie istoty jak wampiry, czy gnomy zostały potraktowane po macoszemu. Odniosłam wrażenie, że pani White rzuca jakieś ochłapy, aby nikt jej nie zarzucił, że nie ma pomysłu. Co do samych rozdziałów, to są one bardzo krótkie, mają dosłownie po kilka stron, do tego jest ich mnóstwo, a tytuły tych rozdziałów? To jakaś totalna porażka! Miały być chyba zabawne, lub pomysłowe, a są co najwyżej żenujące. A język, jakim posługuje się protagonistka? Na początku przekleństwa jako „bip” były zabawne, z czasem stały się wkurzające i żałosne, niczym główna bohaterka, której autorka tymi pseudo przekleństwami chciała dodać swojej postaci odwagi? Buntu? Wojowniczości? Nie tędy droga, droga Kiersten!

Relacje pomiędzy bohaterami są mdłe, nudne i ani krzty w nich autentyczności. Związek Evie i Lenda jest miałki, przyjaźni pomiędzy Evie i Arianną – brak, a związki matka – córka, siostra – siostra, czy ojciec – syn, już bardziej nijakie być nie mogły. Wszelakie wyjaśnienia, czy wytłumaczenia odnośnie czegokolwiek sprawiały, że albo przewracałam oczami, albo marszczyłam czoło, a raz nawet głośno skomentowałam „że bip! co?!”. No, a prawdziwą wisienką na torcie jest zakończenie, które jest słodkie do porzygu i totalnie z dupy 🙂

„Normalne marzenia” jest jedną z najgorszych kontynuacji, jakie miałam nieprzyjemność czytać. Autorka totalnie nie wykorzystała potencjału serii i całkowicie spuściła swoje pomysły do kibla. Może jestem za stara na młodzieżówki romansowo-paranormalne, może miałam przez ostatnie kilka miesięcy zły humor, dlatego nie mogłam przebrnąć przez te bip 250 stron, a może po prostu pani White nie ma pojęcia, jak zainteresować swoją historia czytelnika i tylko nieudolnie próbuje stworzyć coś na papierze, co by nie było, że pisać nie umie 😛 Książką bardzo zainteresował się mój kot, lubi na niej siedzieć. Przynajmniej Lunie przypadła do gustu 😀

Ocena: 2/6

Martycja

Reklamy

4 responses to “Normalne marzenia – Kiersten White

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: