Amerykańscy bogowie – Neil Gaiman


amerykanbog

Czasami zastanawiam czy we wszechświecie istnieją jakieś inne formy życia, choć podobno UFO faktycznie istnieje a Rosswell to nie jest wymysł bajkopisarzy. Każdy z Was na pewno słyszał o bogach greckich czy rzymskich, rzadziej o afrykańskich czy nordyckich. Ale właśnie z pewnym skandynawskim bogiem jest ściśle związana powieść, którą skończyłam czytać.

Kolejna przygoda z Neilem Gaimanem i kolejna pozycja, która wpisuje się w standardy fantastyki wyższej. Tym razem było to opasłe tomiszcze „Amerykańscy bogowie”, które już na samym wstępie, jak tylko otworzyłam kopertę poruszyło moje serce, że aż miało ono ochotę zaśpiewać, bo tak bardzo zachwyca wydaniem! Książka „dostała” dwa kolory – czarny i złoty, które idealnie się ze sobą komponują i współgrają (przez te wydania mam chrapkę na „Gwiezdny pył, gdzie jest niebieski). Niestety… jest też taki… zamsz? Nie wiem za bardzo z czego jest ta okładka, ale liczę na Was, że wiecie więcej ode mnie – po prostu za bardzo się palcuje. Siedziałam z książką i miałam ją owiniętą w gazetę, bo tak się odbijały moje linie papilarne, że można by ich użyć do szyfrowania drzwi.

Jednak co jest w środku! W środku znajdujemy się w więzieniu, w którym główna postać – Cień – odsiaduje trzy lata za napad. Facet jest spokojny, nikomu nie wadzi, więzień idealny, jeśli tacy w ogóle istnieją. Kilka dni przed planowanym wyjściem dowiaduje się, że jego żona zginęła w wypadku samochodowym, dlatego też Cień zostaje zwolniony wcześniej. W drodze na pogrzeb spotyka pewnego starszego jegomościa, który chce by nazywać go Wednesday. Cień zostaje postawiony wręcz przed faktem dokonanym, gdyż ma zacząć pracę dla staruszka. A Cień… nie ma zbyt wielkiego wyboru. Rozpoczyna pracę i od tego czasu obaj będą spotykać na swej drodze różne osoby, które w mniejszym lub większym stopniu nadawałyby się do horroru.

Ostatecznie okazuje się, iż Wednesday to nikt inny jak Wszechojciec Odyn, albo raczej jego wcielenie nordyckiego boga, pewna jego cząstka, sprowadzona do Ameryki przez przybywających tam ludzi. Tak jest nie tylko z nim czy innymi nordyckimi bogami, o nie! Co jakiś czas pojawia się krótka wstawka na temat jakiegoś boga, czy to afrykańskiego, buddyjskiego, egipskiego czy jeszcze jakiegoś innego… jest bawół, jest słoń czy sokół. Wszyscy oni przybyli z czasów, gdy bogowie byli czczeni i szanowani, składano im ofiary i wierzono w nich i ich gniew.

To była ledwie druga książka Gaimana, którą miałam okazję czytać i po raz drugi mam wrażenie, że wszystko co zawarto wydarzyło się poza udziałem Cienia. Był on jedynie kolejną marionetką w wielkiej bitwie pomiędzy starymi a nowymi bogami. Owszem, miał pewne zadanie, ale czy ja bym je określiła jako decydujące? Nie. kiedy mam głównego bohatera książki i do tego fantastycznej, to utarło się tak, że to on ma ostatnie słowo, kiedy wszystko się wali, nadzieja już umarła… lecz bohater wciąż jest i to jemu udaje się zakończyć wszystko i doprowadzić do happy endu. Natomiast w „Amerykańskich bogach” jest o bogach. Cień jest tylko takim dodatkiem, zwykłym człowieczkiem, któremu nadano trochę ważniejszą rolę niż pewnie na to zasługuje.

Czytając tę książkę, która ma, bagatela, 590 stron, miałam chwilami wrażenie, że czytam o niczym. Połowę rzeczy bym wyrzuciła do kosza, spaliła, cokolwiek, byleby jej nie było, a zostałyby tylko te kluczowe fragmenty. Wiem jednak, że bez tych pierdół książka nie miałaby już swego specyficznego uroku. Ale męczyłam się. Naprawdę chwilami się męczyłam. Ostatnie 100-150 stron zaczęły dopiero pobudzać moją wyobraźnię, kiedy Cień wisiał na drzewie i pojawiał się Ratatosk (przypomniała mi się lektura Magnusa Chase’a), jednak zakończenie… rozczarowuje. Mnie osobiście rozczarowało, spodziewałam się zupełnie czegoś innego, ale fani autora będą patrzeć na to inaczej. Postaci było tyle, że po raz kolejny wylądowałam z kartką i długopisem, by je wypisać i się nie pomylić. Szczerze mówiąc nie wiem, po co pan Gaiman wprowadza aż tyle osób… zadowoliłabym się pięcioma i byłoby dobrze.

Po raz drugi muszę napisać recenzję książki, która jest nowszym wydaniem i sporo osób ją czytało. Nie jest to łatwe, ale nie niewykonalne. Ja w żadnym razie nie chcę mieszać tej pozycji z błotem, bo uważam, że sam pomysł na historię jest niebanalny i ciekawy, wykonanie również nie jest tragiczne, ale przeciwnie – bardzo dobre. Może to ze mną jest coś nie tak i nie potrafię się wczuwać w nastrój jaki proponuje Neil Gaiman w swoich powieściach. Wiem, że powinnam polecić lub nie polecić, ale tym razem nie wybiorę wariantu 😀 Miłośnik twórczości już dawno odhaczył na liście „Amerykańskich bogów”, a kto ma ich jeszcze przed sobą… niech się po prostu przekona sam.

Ocena 4/6

Pomyluna

Dziękuję wydawnictwu MAG za tak piękne wydanie

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: