Mastiff: Księga trzecia trylogii o Rebecce Cooper – Tamora Pierce


Część drugą kronik Tortallu przeczytałam w 2014 roku. Od tamtego czasu czekałam aż Jaguar wyda ostatnią część przygód Beccy Cooper. Nie doczekałam się, bo seria za słabo się sprzedała, więc w końcu po 3 latach postanowiłam kupić ostatnią część po angielsku. Całe szczęście, że była jeszcze dostępna w przeciwieństwie do dalszych części przygód Irene Adler, ale to już osobna historia…

Fabuła

Powieść rozpoczyna się pogrzebem Holborna – narzeczonego Beki. Dziewczyna nie roni nawet jednej łzy, choć jej przyjaciele i rodzina są przy niej i jej współczują. Beka niestety nie czuje, jakby straciła ukochaną osobę, tylko raczej kolegę z pracy. Wyrzuty sumienia z powodu braku większych uczuć najbardziej jej doskwierają. Żałoba nie jest jej jednak dana, gdyż w kilka godzin po pogrzebie, Lord Gershom we własnej osobie przybywa do niej w nocy z prośbą o natychmiastowe stawiennictwo w porcie Corus. Na miejscu spotyka Tunstalla – swojego od czterech lat partnera (Goodwin została sierżantem). We dwójkę płyną magicznym statkiem, dzięki czemu do Niebieskiego portu dopływają już w ciągu dnia. Tam Lord Gershom zapoznaje Bekę i Tunstalla z Panem Farmerem, który jest magiem. Całe spotkanie jest owiane tajemnicą. Dopiero, kiedy ruszają w dalszą podróż konną okazuje się, że zmierzają w kierunku zamku władców Tortallu. Po drodze napotykają zwęglone zwłoki żołnierzy. Na miejscu czeka ich przerażający widok. Zamek wygląda jak po wybuchu, jest częściowo zawalony, a częściowo spalony. Co kilka kroków ścielą się spalone trupy służby i wartowników.

W końcu wychodzi na jaw, dlaczego Beka wraz z kotem Drapkiem i psem Apsiką oraz Tunstallem w wielkim pośpiechu i tajemnicy zostali wezwani przez Lorda Gershoma. Ktoś pod nieobecność króla Rogera i Królowej Jessamine zaatakował zamek, powybijał praktycznie całą służbę i strażników, a do tego porwał czteroletniego księcia Garetha. Władca Tortallu bezgranicznie ufa swojemu przyjacielowi z dzieciństwa – Gershomowi, dlatego powierza mu przeprowadzenie śledztwa i wyznaczenia odpowiednich do pościgu sprawców.

I tak Beka wraz z tropiącym psem, konstelacją pod postacią kota, partnerem Tunstallem, magiem Farmerem, a nieco później wraz z lady Sabine wyruszają na poszukiwania księcia.

Moim zdaniem

Historia powieści zawarta na 600 stronach, to w większości tropienie, szukanie i sprawdzanie śladów, rozmowy z podejrzanymi i świadkami, sprawdzanie miejsc, w których zatrzymali się porywacze, a cała podróż jest przeplatana walkami, magią, rozmowami i rodzącym się uczuciem pomiędzy dwójką protagonistów. Nie raz usypiałam po przeczytaniu jednego rozdziału. Być może jest to wina zbyt długich opisów śledztwa. Na przykład, kiedy Beka sprawdzała statek, to co robiła i do jakich wniosków dochodziła zajęło sześć stron, SZEŚĆ. Tego typu dłużyzny pojawiają się kilka razy w książce, więc rozumiem, dlaczego niektórzy nie przepadają za stylem autorki. Pani Pierce jest po prostu zbyt dokładna i za dużo leje wodą 😉 Jednak jak już zdrzemnęłam się te 20 minut, to dalej czytałam i już nie usypiałam. Wniosek z tego taki, że to było chyba zmęczenie po pracy, a powieść okazała się idealnym odpoczynkiem 😀

Słownictwo również dawało mi się we znaki. Fajnie, że powieść ma swoją mowę. Język psów potrafi być naprawdę pomysłowy, a nazwy niektórych rzeczy są albo dziwne albo ciekawe, jednak po dwóch tomach w języku polskim oraz trzyletniej przerwie pomiędzy tomem drugim i trzecim, czytanie anglojęzycznej powieści fantasy z nowym słownictwem sprawiało mi na początku trochę kłopotów. Tak jak przy imieniu Achoo mamy Apsikę i to było dla mnie logiczne, tak już Pounce jako Drapek mi nie pasowało. Już nie wspominając o słowach „coyne” jako wagina lub „nimmer”, jako machlojka. Całe szczęście, że na końcu książki jest słownik języka psów, inaczej pewnie bym płakała, że nie wiem, co ja czytam. Jednak to nie wszystko, mamy jeszcze całą gamę komend, jakimi Beka posługuje się podczas tropienia z Apsiką. Na szczęście kilka z nich jest na tyle powtarzalna, że w końcu się nauczyłam, że „maji” znaczy „idź”, a „dimlach” oznacza „cicho”. Wszystkie komendy również zostały zawarte na końcu książki. Chyba zacznę uczyć tych komend mojego kota 😀 (ostatnio nauczyłam ją podawać łapę, więc kto wie, może nauczy się również być cicho na zawołanie…).

W „Mastiffie” za sprawą Farmera oraz dekretu króla odnośnie magów, magii jest całkiem sporo, w przeciwieństwie do dwóch poprzednich części, gdzie zaklęcia, czy obcowanie z magią było sporadyczne (i nie mam na myśli rozmowy z kotem, gołębiami, czy pływami). Farmer jak na maga przystało używa zaklęć, wszelkiego rodzaju artefaktów, iluzji, ziół, a nawet uroku osobistego. Beka może się natomiast pochwalić drobnymi sztuczkami, jak maść przeciw owadom, czy szkiełko pokazujące magiczne ingerencje. Z kolei jej umiejętność słuchania rozmów z przeszłości, komunikacja ze zmarłymi, czy też nadzwyczajne zdolności przyciągania do siebie stworzeń magicznych, to podobno również jakiś rodzaj magii, który nie został jeszcze w Tortallu dogłębnie zbadany. Oczywiście Drapek również posiada zdolności magiczne. Nie dość, że jest konstelacją, to jeszcze potrafi komunikować się za pomocą myśli, bez problemu porozumiewa się z innymi zwierzętami, a jak trzeba to użyje swoich pazurów na osobnikach, które na to zasługują. W trzeciej części książki używa nawet zakazanego zaklęcia, które sprowadza na niego niemiłe konsekwencje. Oprócz tej trójki, w książce pojawia się również nowy rodzaj magii i ma on coś wspólnego ze zwierzętami, a konkretnie to z końmi. Było to dla mnie miłe zaskoczenie, bo okazało się, że autorka nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa, jeśli chodzi o fantasy dla dzieci 😉 Oczywiście czarna magia również się pojawia, a posługują się nią porywacze i zdrajcy. Jest ona, jak na mroczną przystało, niebezpieczna, brutalna, mordercza i trudna w opanowaniu. Czy wspominałam już, że Drapek jest konstelacją, a w hierarchii jest on na drugim miejscu zaraz po Bogach? Otóż w tej części czytelnicy otrzymują jednego z Bogów, przez co jestem ciekawa, czy w innych powieściach osadzonych w Toratallu jest coś o nim i o jemu podobnych więcej.

Cały czas mamy do czynienia z pamiętnikami Rebeccy Cooper, które to zaczęła pisać jako szczenię i prowadzi je praktycznie do końca książki. W epilogu z kolei mamy kilka stron dziennika pisanego przez Georga Coopera – jej potomka (jego prababką była właśnie Beka), z którego to dowiadujemy się, kim ów chłopak został, a na dodatek autorka opisała nowego „przyjaciela” Georga, który to baaardzo przypomina pewną konstelację. Takie smaczki powodują, że aż ma się ochotę poznać przygody potomka Cooper. Ciekawostka, otóż w „Mastiffie” zostaje wytłumaczone, dlaczego rodzina Beki zamiast przyjąć nazwisko męża dziewczyny, nazywa się tak jak ona. Nie zwróciłam na to specjalnie uwagi czytając prolog do pierwszej części – „Klątwy Opali”, ale już podczas epilogu, stało się to dość ważnym aspektem 😉

Ogólnie to jest mi strasznie smutno. Zawsze mam małą depresje po przeczytaniu ostatniej części fajnej serii 😦 Bardzo polubiłam Bekę, można by powiedzieć, że z nią dorastałam, dlatego teraz czuję, jakbym zakończyła jakiś etap w życiu. Co prawda w świecie Toratallu jest jeszcze kilka historii, jednak z zupełnie innymi bohaterami. Odnośnie postaci, to w trzeciej części Goodwin pojawia się dopiero pod koniec powieści. W poprzedniej była towarzyszką Beki, a teraz została praktycznie zepchnięta na bardzo daleki plan na rzecz Tunstalla (którego z kolei właściwie nie było w „Magii Złota”). Normalnie by mi Goodwin brakowało, ale autorka zastąpiła jedną silną kobietę drugą, mam tu na myśli Lady Sabine, więc nie czułam niedosytu wojowniczek. Drapek jest moim faworytem, jeśli chodzi o postacie drugoplanowe. Kot, a raczej konstelacja, jest może trochę przemądrzały, ale zawsze wspiera protagonistkę, pomaga jej, gdy uzna że trzeba. Apsika, z kolei jest po prostu kochanym psem tropiącym, który towarzyszy swojej pani, a czasem się z nią przekomarza. Nawet konie Lady Sabiny są nie raz pomocne, zwłaszcza jak kogoś nie lubią 😉

Tak jak w poprzednich częściach i w tej mamy wątek miłosny. Oprócz Tunstalla i Lady Sabine, którzy są razem od „Klątwy Opali”, czyli jakieś pięć lat, mamy kolejny obiekt zauroczenia Beki. W pierwszej książce był to Rosto – złodziej i zbir, w drugiej był Rowan – złotnik i hazardzista, a w trzeciej jest mag o wątpliwych zdolnościach, z ciętym językiem i otwartym umysłem. W międzyczasie pojawia się narzeczony Holborn, który był psem, ale że mu się zginęło na początku „Mastiffa”, to stwierdziłam że jest mało ważny 😛 Ogólnie każdy mężczyzna, jaki wpadł Bece w oko miał w sobie pierwiastek niebezpieczeństwa i lubi łamać zasady (a czasem prawo). Sama Cooper nie jest świętością, więc logiczne, że podobali jej się „źli chłopcy”.

Na sam koniec autorka zaserwowała czytelnikom śmierć jednej z postaci. Przyznam, że spodziewałam się tego, ale nie miałam pojęcia, że pani Pierce posunie się do zabicia tego konkretnego bohatera. Co prawda w drugiej połowie książki można się spodziewać, że ten ktoś zszedł na złą drogę, ale miałam nadzieję, że z niej zejdzie, przeprosi i będzie happy end. Nie dość, że zasmucił mnie fakt, że nie ma i raczej nie będzie więcej przygód Beki, to jeszcze autorka pozbawiła życia fajnej postaci. Już nie wspominając kary dla Drapka! Może i Beka odnajduje szczęście, ale jak wielką cenę musiała za to zapłacić? Cóż, najwidoczniej w dobrej serii fantasy nie może być przesłodzone „długo i szczęśliwie”. Gorąco polecam „Mastiffa” wszystkim fanom Tamory Pierce, a ci którzy znają angielski, niech zaopatrzą się w ostatnią część trylogii w oryginale, jeśli chcą poznać zakończenie historii najlepszego psa w Corrus 😉

Ocena: 5/6

Martycja

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: