Tudorowie. Narodziny dynastii – Joanna Hickson


Przeszłość najlepiej poznaje się poprzez filmy czy seriale. Nie ma wówczas problemu, jeśli chodzi o nazwiska, których na ogół jest mnóstwo i ciężko je spamiętać. A kiedy na coś patrzymy, utrwalają się twarze i jest po prostu przystępniej. Z pewnością większość osób się ze mną zgodzi. Ale czasem warto sięgnąć po książkę i nie mam tu na myśli podręcznika. Jedną z nich jest „Tudorowie. Narodziny dynastii”, która swą premierę miała 26.IV.2017 roku.

Tudorowie. Narodziny dynastii” to opowieść o powstawaniu dynastii, ale powstawaniu w bólach. XV wiek to czasy niespokojne, krwawe, ale przede wszystkim zachłanne. Niegdyś, jak i dzisiaj, nie sposób było odmówić sobie władzy. Dążenie do niej było bolesne, a pokusa nie pozwalała spać. A gdy w grę wchodziły miecze i potyczki bitewne, rodziły się chęci zemsty. Błędne koło toczyło się samo. W takich właśnie czasach żyli Jasper oraz Edmund Tudorowie, przyrodni bracia panującego wówczas króla – Henryka VI Lancastera, których poznajemy w 1451 roku, gdy w Anglii panował względny spokój. Do czasu. Gdy panującemu Henrykowi VI urodził się syn, odsunięty od władzy ród Yorków podważył jego ojcostwo. Chcąc przejąć władzę w państwie, wszczęli bunt, wywołując wojnę domową – słynną Wojnę Dwóch Róż. Czy im się udało, jest wszem i wobec wiadome, jednak nie wspomnę o tym, gdyby ktoś nie wiedział – nie chcę psuć zabawy.

Gdzieniegdzie można się spotkać z określeniem tej książki jako romans historyczny, co dla mnie jest nieco przesadzone. Owszem, autorka skupia się na miłosnych rozterkach Jaspera, jednak robi to jakoś nieporadnie. Poza tym Jasper to jeden z tych mężczyzn, który mylnie interpretuje podziw i pożądanie jako miłość. W dodatku owa „miłość” jest na początku książki tak młodziutka, że w obecnych czasach mógłby pójść za to za kratki. Na szczęście nie brakowało mu rozsądku – uff! Ale jednak!

Z tego wszystkiego zapomniałam wspomnieć, iż narracja dzieje się dwutorowo. Z punktu widzenia Jaspera oraz Jane, którą Jasper kochał nie tylko oczami, ale i sercem. Autorka sprytnie podzieliła książkę na części, a każda część to konkretne lata. Podobał mi się ten zabieg, gdyż już na początku tytuł określał, o czym będzie można poczytać. A poza tym akcja nie stała w miejscu – dzięki temu przypominałam sobie, że bohaterowie dość szybko się starzeją, co rzadko się dzieje w książkach. Na ogół mamy do czynienia z dniami tudzież miesiącami. A może to ja tylko tak trafiam? Ale idźmy dalej.

Moją uwagę zwróciły literówki oraz inne drobne błędy. Jakie? Na przykład zamiast samotnej kropki na końcu zdania, niespodziewanie tuż przed nią pojawił się przecinek. Cóż tam robił? Czuł się samotny i przyszedł porozmawiać? Albo zaimek zwrotny „się”, śmiał pojawić się przed i po czasowniku. Po cóż takie bogactwo, kiedy wystarczy napisać go raz? Ja rozumiem, że takie błędy się zdarzają, ale tutaj jakoś bardzo mnie raziły – nie potrafię odpowiedzieć dlaczego. Po prostu kuły mnie w oczy i tyle.

Miałam również problem z bohaterami. I wcale nie chodzi mi o ich charaktery, a imiona. Ja wiem, że w tamtych czasach nadawano te same imiona w kółko, ale jeśli ma się je w książce, a ilość „modnych” imion jest wąska, naprawdę można się chwilami nieźle pogubić. Przede wszystkim zbyt wielu było Henryków, Edwardów i Williamów. Zdarzały się chwile, kiedy nie wiedziałam, o kim czytam. Zdarzało się również, że ich myliłam. Niemniej sięgając po książkę wiedziałam, że z tym zjawiskiem na pewno będę mieć do czynienia.

Ale dość już o minusach. Książka nie była taka zła. Owszem, nie porwała mnie i nie potrafiłam się do niej przekonać, ale jest napisana solidnie – co warto podkreślić. XV został przedstawiony naprawdę dobrze, a opisywane bitwy przemawiały do mej wyobraźni. Bez detali, ale jednak. Poza tym słownictwo! Język, którym posługiwała się autorka pasuje do tamtych czasów, ale nie jest przesadnie starodawny. Jest zrozumiały dla każdego. Dla tych dwóch rzeczy warto sięgnąć po tę książkę. Poza tym jest naprawdę ładnie wydana i w rozsądnej cenie. Literki są duże, a po otwarciu nie ma zjawiska „łamania grzbietu”.

Dla mnie ta książka plasuje się dokładnie w połowie każdej wymyślonej punktacji. Przez parę wieczorów czytało mi się ją całkiem przyjemnie, jednak niestety nie zapadnie w mej pamięci. Być może powodem jest Jasper, który chwilami naprawdę mnie irytował, a być może chodzi o książkę w ujęciu ogólnym – nie miała tego czegoś. Jednak warto mieć na uwadze, że jest to powieść historyczna, po której nie można spodziewać się nie wiadomo czego. Ta książka to miejsce, gdzie fikcja spotyka się z faktami i choćby nie wiem jak człowiek do niej podchodził, zakończenie zna już po przeczytaniu opisu. Tak samo jak nie ma się wielkiej frajdy, kiedy sięga się po jakiś egzotyczny owoc, jeśli raz już się go jadło i zna się jego smak.

Ocena 3/6

MariDa

Za książkę do recenzji dziękuję wydawnictwu HARPERCOLLINS Polska

Advertisements

One response to “Tudorowie. Narodziny dynastii – Joanna Hickson

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: