Miłosne Szyfry – Tessa Dare


Romans historyczny to coś, po co raz na jakiś czas powinna sięgnąć każda kobieta. A „Miłosne szyfry” Tessy Dare to moja propozycja.

W przekonaniu angielskiej socjety Charlotte była po prostu młodą kobietą bez znaczenia”

Charlotte to bystra i przebojowa 20-letnia dziewczyna, która znalazła się w niewłaściwym miejscu, o niewłaściwym czasie. Chcąc porozmawiać na osobności z markizem Granviller, Piersem Brandonem, udała się za nim do pałacowej biblioteki. Niestety wydarzenia potoczyły się nie po jej myśli. W bibliotece niespodziewanie zjawił się ktoś jeszcze. Czy trzeba tłumaczyć, że nie przystoi niezamężnej kobiecie przebywanie sam na sam z mężczyzną nie będącym jej krewnym?

Miłosne szyfry” to szalenie lekka lektura, z nutką drobnych tajemnic do rozwiązania. Nie omieszkam również wspomnieć o lekkim zabarwieniu erotycznym! Ale jak mam być szczera, to trochę odechciało mi się przez to czytać. Nie mam nic przeciwko zmysłowym scenom seksu, ale jakoś w romansie historycznym w ogóle mi nie pasują. Zwłaszcza, jeśli bohaterowie lgną do siebie jak pszczoły do słodkich bułek.

Jednak pomimo lekkości w czytaniu, jestem trochę rozczarowana. A nawet może nawet więcej jak trochę. Na pierwszym planie byli Charlotte i Piers. Próbowali się porozumieć, ale szło im to opornie. On miał swoje priorytety, a ona swoje. Poza tym ona szukała miłości, a on jej nie znał. Słabo, prawda? Sytuację ratowały sekrety Piersa, które, nie powiem, dodawały sporo plusów do ogólnej oceny książki. Ale to było zbyt mało. W dodatku bohaterowie drugoplanowi ciągle gdzieś znikali, a ich sylwetki były zaledwie naszkicowane. Niektórzy byli intrygujący, mieli w sobie coś wartego uwagi, ale autorka nie pozwoliła im się przebić. Żałuję. Jednak gratuluję zakończenia. Rozwiązanie zagadki rozpoczynającej książkę… przedni pomysł jak na romans historyczny! Gdyby nie zakończenie, byłabym potwornie zawiedziona. I jeszcze humor! Zapomniałabym o nim wspomnieć, a on również winduje moją ocenę nieco wyżej. Wiele dialogów zasługiwało na szeroki uśmiech, a nawet wybuch śmiechu. A przyznaję, rzadko mi się to zdarza!

Gdybym miała opisać tę książkę trzema kolorami, padłoby na:

Żółty – ponieważ nie brakowało chwil pełnych śmiechu, podczas których nie dowierzałam, że ja naprawdę czytam romans historyczny;

Czarny – ponieważ Piers nosił w sobie pewien mrok, który kusił, ale i odstraszał;

Czerwony – ponieważ uczucia Charlotte były szczere i gorące.

Polecam tę książkę wszystkim, którzy chcą miło spędzić czas, ale też nie szukają lektury wybitnie ambitnej. Jest to przyjemna historia, ale pozbawiona mnóstwa wystawnych balów, wizyt u zaprzyjaźnionych osób oraz szeregu bohaterów, których wręcz ciężko zapamiętać. „Szyfry miłości” to trochę taki maj. Już nie zimno, ale jeszcze nie gorąco. Nie jest źle, ale jeszcze nie jest świetnie. Jest po prostu w porządku.

Ocena 4/6

MariDa

Za książkę do recenzji dziękuję wydawnictwu AMBER

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: