Córka wytwórcy masek – Holly Webb


Lubię od czasu do czasu sięgnąć po książki dla dzieci. Może nie dla tych najmłodszych, ale od 12 lat w górę. W ogóle w ciągu ostatnich kilku lat zauważyłam jak bardzo zmieniło się wszystko związane z najmłodszymi przedstawicielami społeczeństwa. Gdy ja byłam małą dziewczynką nie miałam takich ładnych sukienek, jakie teraz znajdują się na sklepowych witrynach. Miałam zwykłą sukienkę, zazwyczaj taką ulubioną i potrafiłam w niej kilka dni biegać, brudzić i wyrzucić dopiero wtedy, kiedy nie nadawała się już do noszenia. A teraz?

Niektóre sukienki są naprawdę śliczne i może kupiłabym je swojej córce, ale trochę nie pasuje mi w nich to, że są tak bardzo „wypasione”. Nie inaczej jest z okładkami książek, ale według mnie są zdecydowanie mniej inwazyjne. Dziecko w drogim ubraniu zacznie od najmłodszych lat mieć przekonanie, że jest lepsze od reszty, a okładki… są po prostu piękne, dopracowane, dla małych czytelników jak i starszych.

Wyobraźcie sobie teraz, że listonosz przynosi Wam paczkę, w której znajduje się książka, której okładka jest utrzymana w przeważającej części odcienia brzoskwini. Dalej mamy czarny most, który przypominał mi po prostu jego cień, czarną masę ze złotymi zdobieniami. Na moście stoi postać ubrana w piękną wenecką suknię balową w odcieniach różu, turbanie niemal utkanym z gwiazd i masce, by nikt nie rozpoznał jej tożsamości. A do tego jest też spora ilość unoszących się w powietrzu gwiazdeczek. Kiedy zobaczyłam tę okładkę zapiałam z zachwytu, bowiem gwiazdki na turbanie, w powietrzu oraz zdobienia mostu pod odpowiednim kątem świecą się niczym prawdziwe gwiazdy! Nie powstrzymałam się i pobiegłam do mamy z uśmiechem na twarzy, bo kurczę! Okładka jest przeurocza i przykuwa wzrok każdej książkowej sroki. Ogromny ukłon dla projektantki zagranicznego wydania okładki, pani Becky Glibbery, bowiem wykonała kawał dobrej roboty!

Przejdźmy zatem do samej treści. Colette, córka szwaczki, pracuje z matką w ich małym zakładzie, gdzie razem tworzą duet wykonujący chyba najpiękniejsze kreacje dla zamożnych dam Wenecji. Dziewczynka nie zna swojego ojca, matka mało o nim wspomina, a jedyne co Colette o nim wie to to, że nie żyje. Pewnego dnia, po dość ciężkim przeżyciu, Colette dowiaduje się, iż jej ojciec tak naprawdę ma się bardzo dobrze, jest znanym wytwórcom masek a do tego jest potężnym magiem. Zapomniałam dodać wcześniej, że nie jest to taka zwykła opowieść. W tej rzeczywistości w Wenecji zdarzają się ludzie z magicznymi umiejętnościami, a całym miastem rządzi księżniczka Olivia, którą można poznać w pierwszej części cyklu Magia Wenecji, czyli „Wodny rumak” (taaaaak… znowu trafiłam na którąś część z kolei). Colette tak naprawdę nie wie, w co się pakuje, kiedy dowiaduje się, że jej ojciec ma wykonać maskę na specjalne zamówienie stworzoną z magii.

Zdaję sobie sprawę z tego, że jestem już za stara na tego typu książki, bo są w większości naiwne i nieco ślepe, tak to określając. Colette to zaradna osóbka, ale jeśli dobrze się wczytałam w książkę, to ma ona zaledwie dziesięć lat! Dziesięć! A po połowie książki wręcz porywa się z motyką na słońce, kiedy dochodzi do punktu kulminacyjnego. Kiedy czytałam jakieś ostatnie pięćdziesiąt stron to aż nie mogłam uwierzyć w to, że dziesięcioletnia dziewczynka jest w stanie dokonać takich rzeczy. Dodam do tego jeszcze jej umiejętności magiczne… dziesięciolatka, która dopiero odkryła w sobie ogromne pokłady mocy wie tak po prostu jak ich używać, musi jedynie odrobinę poćwiczyć. To książka dla dzieci, ale bardzo naiwna. Małe dziewczynki na pewno będą się szczerze uśmiechać, cieszyć z czytanej książki (ma dość spore literki, czyta się ekspresowo, co jest ogromnym plusem), więc nie będą za długo zastanawiać się czy opisane wydarzenia mają jakąkolwiek logikę. Ba, w ogóle nie będą o tym myśleć! Kiedy przeczytają ostatnią stronę, pewnie parę dziewczynek będzie chciało zostać Colette i dokonywać wielkich czynów 😉

Dziwiło mnie zachowanie ojca dziewczynki. Zapracowany człowiek, który większość dnia spędza w swojej pracowni nie ma czasu dla swojego dziecka. Więc zastanawiam się… po co z dnia na dzień wywraca jej świat do góry nogami i oznajmia, że jest jej ojcem? Relacje między tą dwójką są dość osobliwe, nie do końca dla mnie jasne jest postępowanie wytwórcy masek. Może egoizm? By nikt poza nim nie „korzystał” z talentu Colette? Ten powód wydaje się całkiem logiczny, ale też do końca nie jestem co do tego pewna. Może po prostu… odezwała się ojcowska miłość? 😉

Oceniając tę książkę starałam się postawić na miejscu dziesięcio-, lub dwunastoletniej dziewczynki, która przewraca strony z wypiekami na twarzy. Gdybym miała te naście lat, z pewnością by mi się spodobała. „Córka wytwórcy masek” ma w sobie magię Wenecji, nie ma tam jakichś ohydnych stworzeń albo brzydkich, starych czarownic z kurzajkami na twarzach, lecz są piękne stroje, są przede wszystkim maski i opisy ich tworzenia, a w proces ten wkładane są spore ilości sił witalnych. Zawsze chciałam zobaczyć Wenecję, a teraz, skoro trwa karnawał i na ulicach można spotkać całe tłumy osób ubranych w piękne, kolorowe weneckie stroje, to mam ochotę wsiadać w pierwszy możliwy samolot i zobaczyć to na własne oczy. Gdybym się tam znalazła, na pewno przypomniałaby mi się historia Colette i masek jej ojca. Poszukiwałabym jedynej idealnej dla mnie i miałabym przekonanie, że została zrobiona za pomocą magii.

Dla młodszych czytelniczek książka odpowiednia, a może i mamy znajdą w niej coś dla siebie 😉 Ja polecam, choć do młodych nie należę, ale miło jest się czasem odprężyć przy opowieści dla dzieci.

Ocena: 5-/6

Pomyluna

Dziękuję wydawnictwu PUBLICAT za egzemplarz książki

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: