Retro kuchnia – Anna Włodarczyk


Retro kuchnia” to jedna z tych książek, obok których ciężko przejść obojętnie. Szczególnie, jeśli lubimy dobrze zjeść i od czasu do czasu urozmaicić swoje menu o nowe, czasem zaskakujące dania…

Anna Włodarczyk, autorka niniejszej pozycji, to blogerka (warto zajrzeć na stronę Strawberries from Poland), twórczyni artykułów (m.in. dla magazynu KUKBUK), mama Olutka, ale również (co dla nas najważniejsze) pasjonatka gotowania i wierna kolekcjonerka starych książek kulinarnych.

Pierwsze, na co zwracamy uwagę kiedy sięgamy po „Retro kuchnię”, to okładka. Tutaj mamy do czynienia z moją ulubioną – twardą, matową, miękką w dotyku, „satynową” oprawą. Widzimy również piękne zdjęcie, na którym widnieje pieczeń podana na starej zastawie i pistacjowej, dzierganej serwetce. Całość tego, dość jasnego, obrazu kojarzy nam się z obiadem u prababci. Tył zaś jest utrzymany w ciemnych barwach. Na czarno szarym tle znajdziemy między innymi kilka słów o autorce, wiadomość, co znajdziemy w środku, poznamy patronatów medialnych wydania oraz poznamy cenę książki. Ta ostatnia rzecz może nas nieco odstraszyć. „Retro kuchnię” wyceniono bowiem na kwotę ponad sześćdziesięciu złotych! Szczerze mówiąc – nie stać mnie na zakup tak drogiej książki, chyba, że miałaby ona stać się prezentem dla uwielbiającej kulinarne przygody koleżanki.

Treść. Wiem, że właśnie na to czekacie. Co znajdziemy na stronach uwięzionych w tej pięknej oprawie? Na samym początku możemy przyjrzeć się zdjęciu autorki oraz przeczytać wstęp, w którym opisuje swoją miłość do starych książek kucharskich, mówi nam, że nie są one tylko zbiorem przepisów, ale także dostarczają wiedzy o ówczesnym życiu i świecie, wspomina, czym zajmie się w swojej książce oraz dlaczego chciała stworzyć to, czego efekt możemy teraz trzymać w naszych dłoniach. Następnie pojawiają się „uwagi techniczne” – spis ośmiu wskazówek, których autorka nie chce powtarzać przy każdym kolejnym przepisie (przykład? „7. Gdy piszę, że potrzeba łyżki jakiegoś składnika, chodzi o płaską łyżkę”). Odwracając kartkę natrafiamy na spis treści. Przepisy uporządkowane są według pewnej kolejności, książkę podzielono na takie rozdziały jak: 1. Zupy; 2. Sosy; 3. Przekąski, pasztety i różne dania zimne; 4. Ryby i owoce morza; 5. Mięsa i tak dalej i tak dalej…

Każdy rozdział zaczyna się pewną historią. Opowieścią o tym, jak temat opracowywany był w dawnych czasach przez różne autorki z „tamtych lat”. Dowiadujemy się z nich nie tylko o tym, jakie dodatki sprawiały, że przedwojenne potrawy miały niepowtarzalny smak i aromat, ale również jak serwowano dania, z której strony podawano talerz, jak je ozdabiano. To ciekawa lekcja historii i zwyczajów, które dziś są już zapomniane lub uważane za przestarzałe. Jak zaś autorka zaprezentowała konkretne przepisy? Zajmują one dwie strony. Zawsze z lewej pojawia się zdjęcie przedstawiające daną potrawę. Szczerze mówiąc… Na sam widok dostaję ślinotoku! Szczególnie, kiedy fotografia ukazuje nam jakiś deser lub nalewkę. Wzdrygnęłam się tylko wtedy, kiedy zobaczyłam przepis na królika. Na górze prawej strony mamy krótką notatkę od autorki. Pisze ona o tym, jakie danie będziemy robić, dlaczego lubi dane składniki, lub dzieli się przemyśleniami na ich temat. Niżej podaje przepis oryginalny, który znalazł się w jednej z kucharskich książek z dawnych czasów. Podaje jego autora, tytuł oraz rok, z którego pochodzi. Niżej uaktualnia recepturę i dopasowuje ją do znanych nam składników i ilości czy objętości. Lista potrzebnych rzeczy zawsze jest dokładnie rozpisana, także nie musimy obawiać się, że dobierzemy złe proporcje. Jedyne, co może nas frustrować, to brak pewności, że nasz wyrób będzie prezentował się tak pięknie jak na zdjęciu. Dodam, że niektóre dania bardzo mnie zdziwiły. Przykładem może być zupa „Krem buraczano – porzeczkowy”. Nigdy nie pomyślałabym aby te, kojarzące mi się ze słonymi daniami, warzywa połączyć z owocami. Odkrywałam także receptury, które wymagały użycia dość niecodziennych składników. Zastanawiałam się, jak to się stało, że przed wojną normą było przyprawianie niektórych dań tym, co teraz wydaje się bardzo wyszukane, egzotyczne, drogie, dopiero odkrywane (jak się okazuje – na nowo). Część przepisów zaś była mi w jakimś stopniu znana, „swojska”, co także kazało mi się zastanowić nad tym, jak wiele czerpiemy z doświadczeń naszych przodków.

Pod sam koniec autorka podaje nam listę dań, których nigdy nie przygotuje. Jest to dość zaskakujący i nieco zabawny element książki. Nie, nie chodzi o to, że śmiesznym jest gotowanie zupy z żółwi, ale sposób w jaki Anna Włodarczyk opisała powody, dla których nigdy nie przyrządzi danej potrawy. Dalej możemy już tylko przeczytać podziękowania oraz zapoznać się z bibliografią, która była pomocna przy tworzeniu „Retro kuchni”.

Zdaję sobie sprawę, że książka ta nie pojawi się w każdej domowej biblioteczce, tym bardziej, że jej cena nie należy do najniższych. Na pewno jednak posiadaczom sprawi ogromną przyjemność jej przeglądanie, odkrywanie i poznawanie. Dla mnie numerem jeden jest przepis na „Kokosowy krem marchwiowy z chilli i prażonym sezamem”. Na pewno przygotuję także „Kotlety warzywne”, czy skorzystam z pomysłu na „Szybką pomarańczówkę”. I te zdjęcia… „Retro kuchnię” warto podarować komuś bliskiemu w zbliżające się wielkimi krokami święta!

Ocena: 5-/6

ViridianaD

Za książkę do recenzji dziękuję wydawnictwu NASZA KSIĘGARNIA

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: