Opublikowany w VampDark

Mała baletnica – Wiktor Mrok


O Wiktorze Mroku słyszałam już wiele dobrego. Ale jak to zwykle w życiu bywa, ciągle jakieś inne pozycje okazywały się tymi pilniejszymi do czytania, a jego tytuły lądowały coraz niżej na mojej liście. W końcu udało mi się to zmienić. Pornografia. Jedno słowo, a budzi tyle emocji i daje szerokie pole do popisu. Ale to pornografia dziecięca wywołuje u nas największy niesmak. Gdy słyszy się o tego typu sytuacjach jedyne, co przychodzi do głowy to myśl, jak można być tak chorym, by samo już robienie zdjęć małym dzieciom sprawiało aż tyle przyjemności.

Ciało Anastazji policjanci odnajdują w jej własnym domu, w łóżku. Wygląda na to, że ktoś postanowił wyrównać rachunki i rozwalił jej głowę, i to dosłownie. W trakcie śledztwa zaczynają wychodzić na jaw przeróżne fakty, które coraz mocniej szokują i wywołują narastające zdumienie. Okazuje się, że pod przykrywką popularnej szkoły baletowej, można stworzyć biznes, który przynosi ogromne zyski. Tylko za jaką cenę?

Anastazję poznajemy w jej dzieciństwie, które wcale nie było usłane różami. Ani matka ani ojciec praktycznie jej nie zauważali. Dla obydwojga najważniejszy był alkohol. Gdy mała przybiega któregoś dnia ze szkoły, chwaląc się, że dostała dyplom za najlepszy taniec, matka mierzy ją zimnym wzrokiem i jedynie stwierdza, że za niego z pewnością chleba nie kupią. Nie raz i nie dwa tatuś podniósł na nią rękę. Ogromny ból można wyczuć już w pierwszych słowach tej książki:

Urodziła się tuż po południu…Nikt nie oczekiwał z niecierpliwością jej przyjścia na świat. Nikt się z tego nie cieszył. Nikt się nie zachwycił, gdy po raz pierwszy otworzyła oczy. Nikt nie zwrócił uwagi, gdy po raz pierwszy się uśmiechnęła. Nikt jej nie chciał. Anastazja – takie imię otrzymała. Ona dała początek tej historii.”

Może właśnie już po samych tych słowach można w pewien sposób zrozumieć postępowanie Anastazji i tego, z jakiego powodu, stała się tym kim się stała. Może pragnęła być w końcy zauważona? Może chciała usłyszeć od kogoś chociaż jeden komplement czy pochwałę, których nie uświadczyła od własnych rodziców? Bo przecież to właśnie oni powinni kształtować swoje dzieci, uczyć je pewnych emocji, empatii oraz tego, czego nie wypada w danej sytuacji robić. Kiedy dziecko zostaje pozostawione same sobie, czuje się w tym wszystkich zagubione. I kiedy zjawi się ktoś, kto nawet pod przykrywką czegoś złego i niedobrego, powie pod jego adresem komplement, to będzie się ono cieszyć i będzie to dla niego najpiękniejsza chwila. Nie zauważy, że coś negatywnego za tym stoi i że jest zachęcane do robienia czegoś nieodpowiedniego.

Historia przedstawiona w „Małej baletnicy” przeraża tym bardziej, że już z samej okładki bije po czach napis, że jest to opowieść oparta na faktach. Jeśli już jesteśmy przy samej okładce, muszę przyznać, że jest ona bardzo skromna, ale także wymowna i sugestywna. Widzimy bowiem na niej jedynie baletki oraz ułożone obok nich kilka naboi. Jeśli ktoś już czytał tę książkę, ten szybko odczyta symbolikę tych dwóch elementów – można powiedzieć, że stanowią one trzon całej fabuły. Z początku sądziłam, że nie dotrwam do końca. Autor postanowił książkę podzielić na kilka części. Pierwszą z nich jest próba pokazania dzieciństwa Anastazji i jakby wyjaśnienia czytelnikowi, co mogło wpłynąć na tę dziewczynkę, że stała się taka bezwzględna już w dorosłości. Nieco później Wiktor Mrok ukazuje retrospekcję tego, jak rozpoczął się cały biznes pornografii dziecięcej, kto za tym wszystkim stoi i ile osób brało w tym wszystkich udział. Właśnie to mnie w jakiś sposób zanudziło trochę, nie porwało w stu procentach i z przerażeniem patrzyłam na ilość stron, które jeszcze zostały mi do przeczytania. Ale wtedy nadeszła kolejna część, w której jesteśmy świadkami odnalezienia zwłok czterdziestopięcioletniej Anastazji w jej własnym domu. Rozpoczyna się śledztwo, które nie przyniesie takiego efektu, na jaki wszyscy by liczyli. I chociaż autor niczego nie szczędzi, nawet bardzo sugestywnych opisów, to od tej części akcja zaczęła jakby przyspieszać, a ja się wciągnęłam do tego stopnia, że nie zauważałam tego, co się dzieje naokoło mnie. Nie przyznanie Wiktorowi Mrokowi, że ma lekki styl snucia opowieści, byłoby niczym kłamstwo najgorszego sortu. Jestem pod wrażeniem, ile musiał zebrać materiałów przed napisaniem tej książki, by wyglądała ona w stu procentach prawdziwie. Stworzeni przez niego bohaterowie byli dobrze zarysowani i każdy wyróżniał się czymś osobliwym i oryginalnym. I tak mamy Sewarę, która jest prześliczną dziewczyną, ale jednocześnie lesbijką. Mężczyźni zwracają na nią uwagę i aby się od nich opędzić do pracy zakłada najgorsze „łachy” jakie tylko znajdzie w domu. Jest Sasza, który uwielbia przekomarzać się z Wadimem, ciągle sobie robią na złość, ale jest to na tyle urocze, że czytelnik zdaje sobie sprawę, że w obliczu zagrożenia, ta dwójka z pewnością skoczyłaby za sobą w ogień. W końcu jest Alona, która dowodzi całym tym kramem, poświęca się pracy całkowicie, ale w pewnych momentach także jest zdolna do żartów. Podczas prowadzenia śledztwa nie zabrakło właśnie kąśliwych uwag czy żartów, nawet z ofiar, aby tylko w jakiś sposób odreagować tak poważną sytuację. Przykładem takiego tekstu może być wypowiedź. Wadima na miejscu zbrodni, kiedy to Alona stwierdza, że jest głodna, bowiem była w trakcie robienia kolacji, gdy ktoś do niej zadzwonił:

– Szkoda, że nie wiedziałem. Mieliśmy pierwszorzędny móżdżek na ciepło w sosie własnym. – Wadim wyszczerzył się w uśmiechu.”

Podczas całej lektury czytelnik zastanawia się, kto byłby zdolny do wyrządzenia tak dużej krzywdy małym dziewczynkom. Bowiem dość szybko wychodzi na jaw, że szkoła baletowa to była tylko idealna przykrywka do o wiele groźniejszych czynów. Niekiedy pojawiają się urywki opisujące, gdzie się znajdują złoczyńcy i co robią. No właśnie. Dla mnie najgorsze podczas czytania były opisy wykorzystywania dzieci. Jak ktoś im kazał występować w kolorowych strojach, ale nieco później już nago, jak zabierał je do łazienki i kazał się zabawiać z pozostałymi dziewczynkami, w końcu jak wymyślił zabawę w buziaczki. To wszystko budziło we mnie niesmak i do pewnego stopnia obrzydzenie, ale także współczucie. Nie chcę tutaj za dużo zaspojlerować, ale napiszę tylko tyle, że kiedy w końcu dobrnęłam do końca odczułam wiele emocji naraz – ulgę, że to już koniec tej okropnej historii, współczucie, że tyle dzieci musiało w tym ohydnym procederze brać udział, zdumienie, bo moim zdaniem, wyrok, który ostatecznie zapadł, okazał się śmiesznie mały. Ale zaskoczenie budzi także sam fakt ujawnienia, kto był odpowiedzialny za morderstwo Anastazji, można to określić jednym prostym zdaniem – ktoś po prostu postanowił wziąć sprawy w swoje ręce. Ponadto nie zabrakło tutaj również wzmianki o Polsce i okazuje się, że to polska jajecznica jest najlepsza, bowiem robiona na cebulce!

Cały czas miałam z tyłu głowy informację, że jest to historia oparta na faktach, że wydarzyła się naprawdę i tym bardziej mnie ona przerażała. Nie mogłam uwierzyć, że w cywilizowanym świecie mogą się dziać takie rzeczy. Z drugiej strony dzięki tak skrupulatnemu stworzeniu historii od początku do końca, czytelnik ma możliwość przejść przez nią i poczuć się tak, jakby osobiście brał w tych wydarzeniach udział. Można na własnej skórze przekonać się, jak działa od środka biznes pornografii dziecięcej i ile ludzi bierze w tym udział. Co ciekawe, cała ta historia ma swój początek w latach 90., kiedy to internet dopiero raczkował a już wtedy zdjęciami nieletnich tak wielu klientów było zainteresowanych i biznes ten rozrastał się w trymiga.

Podsumowując, „Mała baletnica” z pewnością nie jest dla osób o słabych nerwach czy dla matek dzieci. Ukazuje brutalne skutki braku akceptacji i wychowywania własnego dziecka. W końcu pokazuje, że wyroki sądu nie zawsze są adekwatne do winy oprawcy. Bo inaczej nie da się określić osób, które wykorzystują niewinne, małe istoty dla swoich czarnych celów. Czyta się szybko, bowiem autor nie stosuje tutaj zbędnych opisów. Wszystko, co się ukazuje przed oczami czytelnika ma swój osobisty sens. Pomimo prawie sześciuset stron, książka wciąga i nie zauważa się ich upływu. A kiedy dojdzie się już do ostatniego słowa następuje niedowierzania i szok, że to wszystko miało taki, a nie inny koniec.

Ocena: 6/6

VampDark

Za książkę do recenzji dziękuję wydawnictwu INITIUM

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s