Opublikowany w MariDa

Mistrz ceremonii – Sharon Bolton


Sharon Bolton jest autorką, która raz zaskakuje mnie pozytywnie, a raz negatywnie. Do jej książek podchodzę z rezerwą, ale i nadzieją. Dokładnie tak samo było w przypadku „Mistrza ceremonii”, który przykuwa uwagę choćby samą okładką. Przyznajcie, że perspektywa przebywania w grobie i patrzenia na spadającą ziemię jest naprawdę mroczna.

Historia skupia się na komisarz Florence Lovelady, która niegdyś doprowadziła do skazania mordercy, który przyznał się do winy i został skazany. Można by rzec, że idealnie. Jednak tuż przed śmiercią wysłał jej tajemniczy list. Główna bohaterka po 30-stu latach wraca do miasteczka i natrafia na coś, co mrozi jej krew w żyłach.

Najbardziej rzuca się w oczy konstrukcja książki. Mniej więcej 50% to przeszłość, czyli jak doszło do zatrzymania mordercy. Szczerze? Byłoby to przyjemne, gdyby nie spojler, który widnieje na tylnej okładce książki… Naprawdę ktoś musiał nadmienić, że znajdą kogo trzeba i odbiorą mu wolność? Serio? Byłoby więcej frajdy, gdybym kompletnie nie wiedziała, co się stanie. A tak? Czytałam i czekałam, kiedy wreszcie przyskrzynią konkretną osobę. Ani to ciekawe, ani fajne, poznać imię tej osoby na pierwszych stronach… Ono naprawdę pojawia się tak szybko. Czekalibyście w restauracji na danie, wiedząc, że będzie złe?

Sharon Bolton po raz kolejny podjęła się wplecenia w fabułę wątku magii. Pomysł sam w sobie całkiem ciekawy, jednak wykonanie kompletnie mnie nie porwało. Może jeszcze na początku, jednak z czasem zaczęłam się męczyć. A chwilami wręcz gubić, co jest prawdą, a co fikcją. Do tej pory nie wiem, czy będąc jedną z bohaterek książki, bardziej bym się bała czy w ogóle w to nie wierzyła. To trochę tak, jakbyście obcowali z psem – raz warczącym, a raz merdającym ogonem.

Mam też takie dziwne wrażenie, że coś z tą książką jest nie tak. Trochę wciąga, ma swoją mroczną stronę, jednak akcja jest jakaś taka kulawa. Z pewnością przyczynia się do tego szybkie zdradzenie, kto był mordercą. Odbiera to zabawę, i już na dzień dobry ciężko zrozumieć, po co się właściwie to czyta, skoro zna się tak istotny szczegół. Do tej pory nie wiem, dlaczego przeczytałam tę książkę. Jest ona inna od reszty książek Sharon, prostsza w odbiorze, ale jednocześnie zwyczajnie słaba. Nim sięgnę jeszcze po coś tej autorki, zastanowię się dwa razy.

Ale pomimo tych negatywnych słów, „Mistrz ceremonii” ma w sobie coś, co ciężko mu odebrać. Nie od dziś wiadomo, że zdarza się obudzić komuś w grobie. Tak, tak… okładka ma znaczenie. Ta tematyka przeraża wielu ludzi, a na początku książki jest opisana naprawdę ciekawie. O ile można tak to nazwać. Może niepotrzebnie ta cała magia. Gdyby jej nie było, byłoby lepiej. Autorka i czytelnik skupiliby się na jednym wątku.

„Mistrz ceremonii” to lektura łatwa w odbiorze, czyta się sama, ale nie dała mi tego, czego oczekiwałam. Szybko zaczęła mnie irytować, choć starałam się nie odwracać wzroku z uwagi na podjęte wątki, a głównie okładkowy. „Mistrz ceremonii” to dla mnie książka z tych, które czyta się bardzo szybko i równie szybko zapomina. Niestety.

Ocena 3/6

MariDa

Za książkę do recenzji dziękuję wydawnictwu AMBER

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s