Opublikowany w VampDark

Urzędnik – Sławomir Michorzewski


Przyznaję się od razu i bez bicia, że z komediami kryminalnymi miałam do tej pory do czynienia jedynie w wykonaniu świetnego autora, jakim moim skromnym zdaniem, jest Alek Rogoziński. W jego literaturze faktycznie można odnaleźć i makabryczne sceny, ale jednak okraszone nutką dowcipu i to potężną. Uwierzcie mi, ten pan potrafi nawet z kilku prób zabicia drugiej osoby, uczynić taką komedię, która wyciśnie z waszych oczu potoki łez. Nie zastanawiałam się nawet nad tym, czy jeszcze któryś z pisarzy potrafi w ten sposób pisać. Aż pewnego dnia w propozycjach do recenzji znalazł się Urzędnik autorstwa Sławka Michorzewskiego.

Sam opis nie zdradzał z treści książki zbyt wiele, ale był na tyle interesujący, wręcz intrygujący, iż postanowiłam, że koniecznie muszę się z tym tytułem zapoznać. Tuż przed lekturą zajrzałam jeszcze do ogromnych czeluści Internetu, w którym to natrafiłam na same pochwały Urzędnika, co sprawiło, że jeszcze z większym entuzjazmem zabrałam się za czytanie. Wspomniałam przed chwilą o opisie, jednak na okładce się go nie uświadczy, wydawca postanowił na niej umieścić jedynie polecajki od trzech osób, które z jednej strony są skonstruowane w taki sposób, aby czytelnik koniecznie zapragnął zapoznać się z tą historią, ale z drugiej można je określić jako tzw. masło maślane – nic konkretnego z nich nie płynie, nie da rady się dowiedzieć, o czym tak naprawdę książka ma być. I wreszcie, czy to faktycznie gatunek stworzony dla danej osoby. To moim zdaniem dość poważny minus, może nie samej książki, a samego jej dopracowania. Poza tym jeśli już przy oprawie jesteśmy – po raz kolejny powieść została wydana w mało wygodnej i estetycznej formie – wraz ze skrzydełkami. Nie wiem jak was, ale mnie one doprowadzają niekiedy nawet do szewskiej pasji, nie umilają mi lektury.

Pewna rodzina wiodła spokojne życie. Wszystko jednak się zmieniło, kiedy do ich codzienności wtargnęła z ciężkimi buciorami jedna kontrola skarbowa, a następnie kolejne. Odpowiadał za nie nie kto inny, tylko Marian Sopel. Jest bardzo uczciwy, rzecz jasna w przenośni, w każdym przypadku znajdzie sposób, aby wydębić chociaż trochę pieniędzy. Tu postraszy, tam da ultimatum, tu nawet trzaśnie swoim kajecikiem, który nie do końca służy do tego, do czego zazwyczaj jest on potrzebny. Jednym słowem sielskie życie. Nie przypuszcza on jednak, że pewnego dnia, już niedługo, Fortuna postanowi od niego się odwrócić i odejść z głośnym przytupem. A wtedy dziwne sytuacje, spotkania specyficznych ludzi na każdym prawie kroku będą jego nowym życiem.

Zabierając się za lekturę omawianej powieści liczyłam, że będzie ona trzymała w napięciu, że ciężko będzie się od niej oderwać. I tak też się stało. Autor włada niezwykle lekkim piórem, jego opisy wszystkich wydarzeń nie są nużące ani za długie, są po prostu w sam raz. Nie zabrakło również czarnego humoru, z którym po głębszych przemyśleniach nie sposób się nie zgodzić. Ludzie, którzy z dnia na dzień stracili prawie wszystko, nie potrafiący zapewnić swoim dzieciom (całej piątce!) godziwych warunków, starający się na własną rękę odwrócić los, zemścić na oprawcy w postaci urzędnika skarbowego i nie chcący się poddać; pracownik poważnej instytucji, nie mający żadnych uczuć i skrupułów, żeby za wszelką cenę wyciągać od ludzi nawet ostatniego grosza; wreszcie złoczyńcy, którzy są tak uroczy w swej wrogości, że ciężko ich nie polubić – te wszystkie elementy, a raczej postaci sprawiły, że książka ta jest do szpiku kości prawdziwa, życiowa i smutna w swej prostocie. Ukazuje wszystko takim jakim faktycznie jest, niczego nie ukrywa, nie przejaskrawia, a jeśli ktoś uważa inaczej, to chyba ani razu jego stopa nie stanęła w urzędzie skarbowym.

Całość czyta się bardzo przyjemnie. Książka podzielona jest na cztery części, które z kolei składają się z kilku dat, tak jakby kartek wyrwanych z kalendarza. Wszystko dzieje się na przestrzeni kilku dni, można powiedzieć, że większość wydarzeń ma miejsce w okresie Świąt Bożego Narodzenia, zaś finał w lutym następnego roku.

No dobrze, zachwyty były, ale czy znalazłam jakieś minusy w treści tej powieści? Było bardzo dobrze, ale nie do końca. Akcja biegnie dosyć szybko, czytelnik nie ma czasu na odczucie znudzenia, jednak w pewnym momencie wszystko zaczyna sprawiać wrażenie, iż autor za bardzo chciał wszystko rozciągnąć. Ileż można czytać o pościgu, o poruszaniu się po kanałach i wychodzeniu z nich w złym miejscu. Z czasem zabawne sytuacje, w których ciągle znajdowali się bohaterowie, przestały być zabawne, a jedynie nużące. Ostatecznie czytelnik pragnie dobrnąć do ostatniego zdania, byle tylko się dowiedzieć, jak to wszystko się zakończy. A sam koniec… Cóż, to pozostawię wam do ocenienia, ale stwierdzę, że jest łatwe do przewidzenia.

Podsumowując, Urzędnik Sławka Michorzewskiego to komedia kryminalna, pełna zadziwiających zwrotów akcji, ale również smutnych życiowych prawd. Wyraziści bohaterowie, których można mijać codziennie gdzieś na ulicy, spójna oraz dynamiczna fabuła, a także czarny humor, wylewający się z kart tej powieści – to wszystko przemawia za tym, że warto sięgnąć po ten tytuł. Jedynie szkoda, że zakończenie została aż do tego stopnia rozciągnięte, że w końcu zaczyna się dłużyć, a czytelnik ziewa.

Ocena: 4 / 5

VampDark

Za książkę do recenzji dziękuję AIM MEDIA

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s