Opublikowany w Raven

Lucky Luke. Na podbój Oklahomy – Morris & Goscinny


Lucky Luke’a zna chyba każdy. Seria komiksów, serial animowany filmy i serial aktorski. Jest on chyba najbardziej rozpoznawalnym kowbojem w dziejach popkultury. Dzięki wydawnictwu Egmont pojawia się też obecnie w księgarniach, czego nie omieszkałem wykorzystać i sprawdzić co też tam się znowu na tym Dzikim Zachodzie wyrabia.

„Na podbój Oklahomy” ma zaledwie 45 stron w pełnym kolorze, sztywniejszą okładkę i rozmiar 22 na 29 cm.

Akcja albumu dzieje się w okolicach 1830 roku, po tym, jak rząd Stanów Zjednoczonych oddał rdzennym mieszkańcom Ameryki teren znany jako Oklahoma, po czym postawił owy teren wykupić i zaludnić ‘swoimi’. Aby wszyscy mieli równe szanse, oficjele granice otworzą w jednym konkretnym dniu, a porządku (i próbujących wyruszyć wcześniej) pilnować ma sam Lucky Luke, a że Amerykanie to nie mniejsi cwaniacy niż Polacy, będzie miał on pełne ręce roboty i to nie tylko przy trzymaniu porządku w trakcie kolonizacji, ale i później, dbając o dobro nowo-powstałego miasta razem z nietypowym burmistrzem.

Czego my tu nie mamy, konflikty, strzelaniny, oszustwa, nielegalny doping, rabowanie banku, w którym jeszcze nie ma ścian, wybory, totalną ignorancję warunków zabudowy i mnóstwo innych komicznych sytuacji, z którymi nasz dzielny bohater musi sobie poradzić. Czy wyjdzie z tego obronną ręką? A czy Lucky Luke jest szybszy od własnego cienia?! No właśnie 😀

Potęgą komiksów duetu Morris & Goscinny jest właśnie dobrze poprowadzony zbitek gagów, zamiast rozdmuchanej na cały album wielkiej historii. Dzięki temu czytelnik może się odstresować przy lekturze, zamiast główkować zagmatwania fabularne. Żebyście mnie nie zrozumieli źle, fabuła jest obecna i wszystko trzyma się kupy (ba, są nawet zwroty akcji i wielkie zaskoczenia), ale to właśnie te pojedyncze sceny, zajmujące nieraz po zaledwie 3 kadry sprawiają, że chce się czytać dalej. Jeśli chodzi o rysunki pana Gościnnego, jakie są każdy widzi. Trzymają poziom od samego początku, mimo swojej prostoty, a jednocześnie są na tyle szczegółowe, że bez problemu odróżnicie bohaterów. Gdybym miał się do czegoś przyczepić, ty chyba tylko do zbyt małej ilości stron, bo komiks czyta się za szybko, oraz ewentualnie do ceny 24,99zł, która za 45-stronicowy komiks komediowy wydaje się ciut za wysoka.

Seria o najszybszym kowboju na Dzikim Zachodzie jest świetną pozycją zarówno dla dorosłych, nie tylko tych wychowanych z Lukiem, jak i dla dzieci i każda grupa wiekowa znajdzie w komiksach coś dla siebie. Ja jestem zachwycony powrotem do dzieciństwa (mimo, iż tym razem śmiałem się z zupełnie innych rzeczy) i nie omieszkam spotkać się z Lucky Lukiem jeszcze w przyszłości. „BANG! BANG Lucky Luke!”

Ocena: 5/6

Raven

Za komiks do recenzji dziękuję wydawnictwu EGMONT

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s