Opublikowany w DonSzabla

Ciemna strona księżyca – Grzegorz Gajek


Przeglądając strony poświęcone książkom natrafiłem na zapowiedź książki Grzegorza Gajka. Intrygująca okazała się nie tylko okładka, ale i wydawnictwo. W takim przypadku nie pozostało mi nic innego jak tylko napisać o egzemplarz recenzencki. Otrzymałem go za co bardzo dziękuję. Pora przejść do sedna.

„Ciemna strona księżyca” to powieść SF z elementami horroru czerpiąca swoje inspiracje z klasyków gatunku. Dawno nie czytałem powieści, która miałaby tak gęsty i mroczny klimat. Już początek historii wprawił mnie w osłupienie. Wszystko przez kreację jednego z głównych bohaterów i jego rozmówcy. Nie ma co ukrywać, że autor potrafi pisać dialogi i umie zachęcić czytelnika do dalszego poznawania historii. Fabuła nie jest może wybitna, ale sposób w jaki została przedstawiona sprawia, że czytelnik musi poznać jej zakończenie. Na plus można zaliczyć język i barwne opisy, które są kwintesencją „Ciemnej strony księżyca”. Od dawien dawna nie byłem tak mocno zaskoczony przeczytana książką. Aż dziw bierze, że leżała tyle lat w szufladzie.

Największe obawy wzbudzała we mnie ilość postaci. Nie będę ukrywał, że lubię skupiać się na jednym bohaterze. Dopiero po przeczytaniu kilku stron odetchnąłem z ulgą. Obawy okazały się bowiem bezzasadne. Poznawanie historii z różnej perspektywy tylko nadało fabule iskry.

Czy znalazłem jakieś minusy? Nie. Może dlatego, że się ich nie doszukiwałem. Ogromne brawa dla wydawnictwa IX za wydanie tak świetnej powieści. Gratulacje należą się również dla grafika za genialną szatę graficzną i okładkę. Nadmienię jeszcze, że książka została wzbogacona o opowiadania i wstęp od autora.

Wystawiam zasłużone 5/6

DonSzabla

Dziękuję wydawnictwu IX za egzemplarz do recenzji.

A teraz specjalnie dla naszych recenzji krótki wywiad z autorem, który przeprowadziła moja skromna osoba:

1) Witam. Na samym początku pragnę podziękować za udzielenie wywiadu.

Cześć. Ja zaś pragnę podziękować za przeprowadzenie tegoż. Lubię gadać.

2) Sięgając po Pańską powieść nie sposób pominąć wstępu, który napisał Pan dla nas. Czytelników. Przyznam, że po jego przeczytaniu poczułem pozytywną energię.

Bardzo mnie to cieszy. Celem pisania jest komunikacja z innymi ludźmi, ale każdy komunikat z czasem uniezależnia się od nadawcy, nabiera nowej treści. Czułem, że wymaga to komentarza. „Ciemna strona księżyca” stanowi zapis przemyśleń z pewnego okresu w moim życiu, ma też jednak swoją własną historię – dosyć pokrzepiającą, jak mi się zdaje. Poza tym pisarz bez czytelników byłby nikim. Podziwiam pokorę autorów, którzy – jak choćby Stephen King – potrafią to przyznać.

3) Ze wstępu wywnioskowałem również, że „Ciemna strona księżyca” to kawał Pańskiego życia. Powieść była przy Panu przez wiele lat. Jakie to uczucie wydać książkę po tak długim okresie oczekiwania?

Satysfakcjonujące i stresujące.

Stresujące, bo bardzo trudno mi ocenić, jak zniosła próbę czasu. Pomimo wszystkich modyfikacji, jakie wprowadziłem przez lata, nadal w swej istocie jest to książka napisana przez osiemnastoletniego Grega Gajka, gościa dużo mniej doświadczonego i dużo bardziej naiwnego niż ja. Biedak został uwięziony na kartach powieści już na zawsze.

Satysfakcjonujące, gdyż reakcje czytelników zdają się dowodzić, że ten głupiutki, nieznający życia chłopak miał jednak coś do powiedzenia.

4) Co było dla Pana inspiracją do napisania „Ciemnej strony księżyca”? Wielu czytelników wymienia kultowego już „Hyperiona”.

„Hyperion” to genialna książka, która zrobiła na mnie piorunujące wrażenie, gdy miałem jakieś 13-14 lat, a także – skądinąd – przekonała moją żonę, wcześniej zagorzałą przeciwniczkę gatunku, do s-f. Niemniej nie wskazałbym tej powieści jako bezpośredniego źródła inspiracji. Po prawdzie byłem zaskoczony, ile z niej przeniknęło podstępnie do „Ciemnej strony księżyca”, która od początku do końca miała być próbą podjęcia dialogu z Lemem. Wiem, karkołomny pomysł – coś takiego mogło powstać w głowie tylko aroganckiemu nastolatkowi. W każdym razie zachęcam Czytelników do wyłapywania smaczków z dzieł mistrza – nazwisk, kryptocytatów etc. A najbardziej zagorzali fani fantastyki naukowej mogą zapolować też na aluzje do „Imago” Żwikiewicza.

5) Skoro o inspiracji mówimy. Kto dla Pana jest pisarskim „guru”? Człowiekiem, o którym warto mówić i się wzorować?

To zależy od nastroju. Lem, bez wątpienia. Tolkien. Zwykłem wymieniać również Lovecrafta, choć ze wzorowaniem się na nim ostrożnie. Dzieciakom polecam też sięgać po klasyków niefantastycznych – Iwaszkiewicza, Bratnego, Kuncewiczową. Stephen King. Paradoksalnie powiedziałbym, że jest to pisarz w Polsce niedoceniany – w dużym stopniu z powodu nieraz makabrycznie złych przekładów. Poza tym, że tworzy wciągające historie, naprawdę ma w małym palcu wszystkie najważniejsze techniki literackie. Kto tam jeszcze… John Irving, kolejny maestro sztuki pisarskiej. Stawkę zamyka autor zupełnie u nas nieznany Lewis Grassic Gibbon – genialny szkocki pisarz z okresu międzywojnia. Gdy będę już stary i bogaty wezmę się za przetłumaczenie jego najważniejszych dzieł.

6) Wielu pisarzy ma swój styl pisania, godziny pracy i nawyki. Jak to wygląda u Pana?

To również zależy od nastroju. Ostatnio – nieciekawie. Każdego ranka przez pół godziny tkwię pod prysznicem i dumam. Potem siadam i piszę. No dobra, czasem, żeby poczuć się artystą, jem croissanta, piję mocną kawę i wypalam fajkę.

7) Lubię pytać w swoich wywiadach o zabawne historie związane z czytelnikami. Miewał Pan takie?

Obawiam się, że naprawdę zabawne historie z czytelnikami przytrafiają się głównie pisarzom dużo bardziej znanym niż ja. Mam sporo przyjemnych wspomnień – np. że ktoś napisał mi maila czy wiadomość na Facebooku albo zaczepił mnie na jakiejś imprezie, żeby powiedzieć, że przeczytał coś mojego i uważa, że robię dobrą robotę. Pewien chłopak przeczytawszy opowiadanie „Król i głupiec”, które zresztą trafiło jako bonus do nowego wydania „Ciemnej strony księżyca”, stwierdził nawet, że zainspirowałem go do spróbowania własnych sił w pisaniu.

Co do anegdot to mogę przytoczyć tylko jedną, bardziej przykrą niż śmieszną. Kiedy moja żona robiła sobie ostatni tatuaż, musiałem iść z nią do studio, żeby potrzymać ją za rączkę. Gadkowaliśmy oboje z tatuażystką, w pewnym momencie rozmowa zeszła na książki, powiedziałem, że w sumie to jestem pisarzem. Wówczas padło osobliwe pytanie, które o dziwo słyszę dość często: Ale co, jesteś znany czy coś? Zażartowałem, że nie tak jak Remigiusz Mróz, który skądinąd jest moim rówieśnikiem. Dziewczyna zrobiła dziwną minę i zupełnie serio odparła: A kto to jest Remigiusz Mróz?

8) Nie ma co ukrywać, że dla pisarzy czytelnik jest najważniejszy. Czyta Pan recenzje i słucha opinii swoich fanów?

Czytam, słucham, biorę sobie do serca. Koniec końców i tak robię po swojemu, ale inaczej, niż bym zrobił wcześniej. Bycie pisarzem wymaga szczególnego połączenia pokory i arogancji. Bez pokory nie da się doskonalić warsztatu i nawiązywać kontaktu z czytelnikiem. Z drugiej strony bez arogancji trudno przetrzymać krytykę i okresy, kiedy jak na złość nic się nie chce udać. Trudno też zaproponować coś naprawdę świeżego i odkrywczego. Kiedy czasami czytam wypowiedź jakiegoś przyszłego/niedoszłego kolegi po piórze, który stwierdza, że napisał książkę, nic szczególnego, ot taka przygodówka, żeby się oderwać na kilka wieczorów, to łapię się za głowę. Z takim podejściem nie sposób cokolwiek osiągnąć. Nawet jeżeli piszesz powieść rozrywkową, powinieneś być nastawiony na to, że próbujesz napisać najbardziej czadową historię na świecie. Nieważne, czy się uda, czy nie.

9) Którą pochwałę zapamiętał Pan szczególnie?

Jakiś czas temu, po opublikowaniu dwóch czystych horrorów i jednego horroru s-f, postanowiłem napisać powieść historyczną osadzoną w Grecji mykeńskiej. Jej tytuł to „Powrót królów”. Pewna recenzentka, która ogólnie raczej siedziała w grozie, stwierdziła, że nienawidzi literatury historycznej, ale sięgnęła po tę książkę, gdyż to ja ją napisałem. Co więcej bardzo jej się podobała. Dało mi to niezwykłe poczucie satysfakcji. Jeżeli ktoś jest nastawiony na klaustrofobiczną historię dziejącą się w nawiedzonym, odciętym od świata hotelu, to jest duża szansa, że spodoba mu się każda chamska zrzyna z „Lśnienia”. Ale jeśli udaje ci się przekonać do siebie kogoś znajdującego się poza swoją strefa komfortu, jeżeli sięga po książkę, po którą normalnie nigdy by nie sięgnął, to znaczy, że chyba coś robisz dobrze.

10) Woli Pan standardowe spotkania autorskie czy konwenty?

Konwenty. Więcej ludzi, więcej życia, więcej emocji.

11) Skoro rąbki tajemnicy z życia prywatnego zostały uchylone, to wróćmy może do „Ciemnej strony księżyca”. Co sprawiało Panu największą frajdę podczas pisania?

Poznawanie bohaterów. Obserwowanie, jak wymykają się spod kontroli. Dla przykładu między Krisem a Breną wyraźnie coś iskrzy, mimo iż wcale tego nie planowałem. W zimnej próżni kosmosu nie ma miejsca na wątki romantyczne.

12) Pańska powieść ma kilku bohaterów. Która postać jest Pana ulubioną?

Zdecydowanie ojciec Iulius. To facet, który ciągle przegrywa, ciągle dostaje po ryju, ale nigdy się nie poddaje.

13) Czy kreując postacie wzorował się Pan na kimś ze swojego otoczenia?

Na pewno. Ale tworzenie postaci zawsze przypomina zszywanie potwora Frankensteina. Czasami wiem, od kogo pożyczyłem części ciała i duszy, czasami nie. W przypadku „Ciemnej strony księżyca” szczerze nie pamiętam.

14) Skąd się wziął pomysł na fabułę?

Nie miał jednego źródła. Dojrzewał z czasem, był właściwie wypadkową wielu różnych przemyśleń i pomysłów. Z takich bardziej uchwytnych momentów pamiętam rozmowę z ojcem mojego kolegi na temat tego, czy kosmici mają dusze i czy, jeśli przyjmiemy dogmatykę chrześcijańską, to jakaś forma scenariusza ze zstąpieniem Boga na ziemię powtarzała się na wszystkich planetach, na których powstało inteligentne życie. Poza tym, tak jak piszę w przedmowie do książki, miałem doła, słuchałem Pink Floyd i dumałem nad tym, co się kryje po ciemnej stronie księżyca.

15) Zakończenie znał Pan wcześniej czy książka zaczęła żyć własnym życiem?

Zdecydowanie żyła własnym życiem. W tamtych czasach nie wierzyłem jeszcze w konspekty. Sądziłem, że jeśli zbyt dokładnie rozplanuję sobie historię, to mnie znudzi. Dziś jestem mądrzejszy. Zrozumiałem, że konspekt pomaga uporządkować pewne kluczowe kwestie i uniknąć błędów logicznych, a w ostatecznym rozrachunku opowieść i tak popłynie w nieprzewidzianych kierunkach, a bohaterowie co i rusz będą się buntować.

16) Dziękuję za odpowiedź na pytania. Jest coś o co muszę koniecznie zapytać. Nad czym Pan obecnie pracuje?

Głównie nad miotaniem się. A poważnie – ostatnie miesiące minionego roku poświęciłem na redagowanie książki i serialu audio, które przy dobrych wiatrach powinny się ukazać na wiosnę. Od początku stycznia z kolei piszę tylko te nieszczęsne konspekty, bo nie do końca wiem, co ze sobą zrobić. Przy okazji tłumaczę pewną bardzo fajną autobiografię. W tak zwanym międzyczasie, nie do końca wiem jak, powstała nowa powieść s-f. Ale o tym na razie sza. Raczej jeszcze dość długo nie pójdzie w świat.

17) Trzymam kciuki za kolejne projekty. Raz jeszcze dziękuję i zachęcam po przeczytania „Ciemnej strony księżyca”.

Dzięki również.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s