Opublikowany w Irrompible

Dziesięć tysięcy drzwi – Alix E. Harrow


Należę do grona osób, które oczekują od książek czegoś więcej niż wartkiej akcji i ciekawej fabuły. Kilka tytułów dobitnie uświadomiło mi, że istnieją książki i Książki. Te drugie wkradają się do głowy wraz z rozpoczęciem lektury i nie chcą z niej wyjść jeszcze długo po jej zakończeniu. Szokują, zaskakują, zmieniają światopogląd i kuszą by przeczytać je raz jeszcze. Obiecujący opis i przepiękna okładka powieści Harrow rozbudziły we mnie nadzieję, że być może właśnie tej pozycji uda się wejść do grona tych kilku wybitnych książek, które są dla mnie ważne. Czy „Dziesięć tysięcy drzwi” sprostało temu zadaniu?

January Scaller ma wygodne życie. Mieszka w rezydencji pana Locke’a, dla którego pracuje jej ojciec, który to podróżuje po świecie szukając najrzadszych, najbardziej wartościowych eksponatów na zlecenie Locke’a. Dziewczynie niczego nie brakuje, nosi kosztowne stroje, podróżuje w wygodzie, ma opiekunkę, która ją wychowuje oraz pana Locke’a, który traktuje ją niczym córkę. Nikt jednak nie zauważa, jak bardzo samotna czuje się January. W tym trudnym momencie dziewczyna znajduje w rezydencji książkę, która opisuje podróże pomiędzy światami za pomocą Drzwi. Szybko dostrzega wiele podobieństw pomiędzy opisaną tam historią a jej własnymi losami.

Bardzo ważny jest dla mnie w książkach język. Gdy jest prosty, opisów jest mało, a dialogów sporo, to taka pozycja świetnie się u mnie sprawdzi na weekend czy podróż. Jeżeli jednak mam ochotę na książkę, która będzie dla mnie czymś więcej i przy której spędzę kilka wieczorów delektując się lekturą, wtedy wręcz wskazane jest by to opisy i rozważania bohaterów przeważały. Lubię, aby świat był wykreowany perfekcyjnie, z dużą ilością detali, a bohaterowie mieli złożone charaktery. Tego wszystkiego siłą rzeczy nie da się stworzyć na 300 stronach. Tym bardziej wzrastał mój apetyt na powieść Harrow, która liczy ponad 450 stron i sądząc po opisie, miała być książką z duszą, a nie zwykłym czytadłem dla nastolatków. Niestety, nie do końca tak jest. Dużo opisów, a mało dialogów nie zawsze znaczy, że w książce znajduje się „to coś”. Opisy mogą być też nudne przez swoją nieciekawą formę bądź ich nadmiar, tak jak w tym przypadku. Fakt, autorce udało się oddać klimat XX wieku, to niewątpliwa zaleta, jednak było sporo opisów miejsc bądź zdarzeń, które w zasadzie nic nie wniosły do powieści. Skrócenie jej o dobre 80-100 stron z pewnością wyszłoby jej na dobre. Fabuła owszem, jest ciekawa i akcja z czasem przyspiesza, ale objętość książki i styl pisania zniechęcają momentami do kontynuowania lektury. 450 stron to z drugiej strony nie jest bardzo dużo, a mimo to lektura zajęła mi około tygodnia. Myślę, że silenie się na malowniczy język było w tym przypadku zbędne. Przez to pojawia się problem, bo powieść prawdopodobnie będzie zbyt rozwlekła i nudna dla nastolatków, a równocześnie biorąc pod uwagę fabułę — zbyt pospolita dla dorosłych faktycznie liczących na „zachwycającą opowieść”, „niemożliwe podróże” i „niezapomnianą miłość”. Miałam nadzieję, że „Dziesięć tysięcy drzwi” okaże się być książką w stylu cudownego cyklu „Cmentarz zapomnianych książek” Zafona i takie też było moje pierwsze skojarzenie, gdy przeczytałam opis z tyłu okładki. Niestety, to zdecydowanie nie to samo. Warto jednak mieć na uwadze fakt, że to pierwsza powieść autorki, a więc kto wie? Może za parę lat wypracuje swój warsztat na tyle, że zachwyci nawet najbardziej wymagających czytelników.

„Dziesięć tysięcy drzwi” to przykład powieści szkatułkowej. Przestawia losy głównej bohaterki January Scaller, a także fragmenty książki o tytule — uwaga… „Dziesięć tysięcy drzwi”, którą dziewczyna czyta. Które „Dziesięć tysięcy drzwi” jest lepsze? Trudno jednoznacznie stwierdzić. Początek powieści Harrow był nieco nudnawy, więc „książka w książce” wydała mi się powiewem świeżości i ciekawym urozmaiceniem. Z czasem jednak i tam wkradła się nuda, a wtedy z radością ponownie powitałam January. Nie ulega jednak wątpliwości, że bez jednej książki nie byłoby drugiej i na odwrót. Związek pomiędzy czytanym przez główną bohaterkę dziełem, a jej własną historią był silniejszy niż początkowo przypuszczałam, co pozytywnie mnie zaskoczyło. Początkowo, obawiałam się, że będzie to zbyt metaforyczna powieść, którą można interpretować wielorako. Na szczęście z czasem historia się rozwinęła i faktycznie zaczęła przedstawiać spójną opowieść ze wstępem, rozwinięciem i może nieco zbyt przesłodzonym, wręcz bajkowym zakończeniem.

Debiut Alix E. Harrow wypadł całkiem nieźle. Mam jednak wrażenie, jakby autorka nie do końca wiedziała, dla kogo chce pisać i stwierdziła, że chce napisać coś uniwersalnego, dla wszystkich. Tak się jednak nie da, bo to, co młody czytelnik doceni, często jest wadą dla dorosłych i na odwrót. Po tych wszystkich obietnicach z okładki spodziewałam się czegoś więcej. Wielowątkowej fabuły, lepiej rozwiniętego wątku miłosnego i bardziej szczegółowo wyjaśnionego podróżowania pomiędzy światami, bo nadal jest kilka kwestii, których autorka nie doprecyzowała. Powieść Harrow nie jest zła, ale trzeba mieć na uwadze, że ma sporo opisów i nie wciąga od pierwszej strony. To dosyć ciekawa i warta uwagi historia, jednak nie aż tak bardzo jak obiecuje to jej opis z okładki.

Ocena: 3/6

Patrycja „Irrompible” Ratajczak

Za książkę do recenzji dziękuję wydawnictwu IUVI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s