Opublikowany w Fuzja

Bezludna wyspa – M. A. Bennet


„Bezludna wyspa” autorstwa A.M. Bennet to jeden z największych literackich koszmarków, jakie przyszło mi kiedykolwiek czytać. Porównanie tej książki do „Władcy much” Goldinga uważam za całkowite nieporozumienie i próbę żerowania na wielkości tego klasyka. A to co się w tej książce „odfabułowało” to jakiś kosmos i pokaz totalnego artystycznego odjechania, które nie ma nic wspólnego z wielkim, ba, a nawet dużym pisarstwem…

Link jest dzieckiem, które prawie całe życie spędziło w towarzystwie swoich rodziców – wielkich naukowców. Uczył się w domu i miał wręcz zerowy kontakt z rówieśnikami. Aż w końcu, pewnego dnia, rodzice oznajmiają mu, że cała rodzina przenosi się z Ameryki do Anglii, a chłopak ostatecznie ląduje w tradycyjnej szkole… prawie że sportowej (jak można się domyślać bohater miał również zerowy kontakt ze sportem, więc gratuluje rodzicom decyzji), gdzie z automatu trafia na koniec łańcucha pokarmowego, jest gnębiony, nękany i szykanowany, a ta gehenna trwa przez trzy lata, bez jakiejkolwiek interwencji ze strony rodziców, nauczycieli, czy jakichkolwiek dorosłych. Ostatecznie rodzice zgadzają się na to by (nastoletni) chłopak porzucił szkołę, pod warunkiem, że wybierze się na szkolną wycieczkę, która ma przygotować garstkę uczniów do „życia”. Link zgadza się, ponieważ dwa tygodnie obozu zdają się być niczym, w porównaniu z perspektywą opuszczenia szkolnego piekła na zawsze. Jednak samolot z grupką młodzieży na pokładzie rozbija się na bezludnej wyspie, a dzieciaki będą musiały zorganizować się by przetrwać i doczekać ratunku, który mają nadzieję, przybędzie wkrótce…

Fabuła tej książki jest szalenie nieprawdopodobna – począwszy od faktu, że cała szkoła zdaje się godzić na jakąś dziwną sportową hierarchię, (której mimo wszystko mogłabym się spodziewać bardziej po amerykańskich aniżeli angielskich realiach), poprzez funkcjonowanie młodych ludzi na wyspie, skończywszy na fabularnym zaskoczeniu zaserwowanym czytelnikom na samym końcu (o „epilogu” nawet nie wspominam). Bohaterowie są do bólu stereotypowi, rozumiem założenie, ale uważam, że młodzież ma w dzisiejszych czasach do zaoferowania nieco więcej, a jeśli się mylę to biada ludzkiej przyszłości. Link jest irytujący od początku do końca, reszta bohaterów jest albo nudna albo stanowi karykatury istot ludzkich – zatem nie ma tu komu kibicować, ani z kim się utożsamiać.

Powieść jest napisana poprawnie, zdania są logiczne, a dialogi całkiem naturalne, ale konstrukcja językowa nie wybroni tego projektu jako całości, nawet mimo zastosowania przez autorkę wielu ciekawych odniesień do popkultury, które stanowią chyba jedyny aspekt tej powieści, podnoszący jej wartość intelektualną. „Bezludna wyspa” mnie zmęczyła. Nie jest to książka, którą poleciłabym komukolwiek, choć rozumiem, że młodzieńcza naiwność niektórych czytelników może umożliwić przymknięcie oka na wiele mankamentów. Nie mniej jednak uważam ten twór za nieudaną próbę stworzenia godnej powieści survivalowej, nieudolny eksperyment literacki z pseudofilozofią i socjologicznymi założeniami w tle i po prostu za bardzo, bardzo kiepską książkę, z której finalnie nie wynika żadne intelektualne dobro.

Ocena: 2/6

Żaneta Fuzja Krawczugo

Za książkę do recenzji dziękuję wydawnictwu MEDIA RODZINA

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s