Tag Archives: Bernard Cornwell

Zwiastun Burzy – Bernard Cornwell

Pierwszy tom sagi, „Ostatnie królestwo”, był przyjemnym kawałkiem tekstu i chociaż osobiście nie znalazłem w nim powodów do nadmiernego piania z zachwytu, z przyjemnością śledziłem losy Uhtreda, co to Duńczykiem został, a potem się rozmyślił. „Zwiastun Burzy”, czyli bezpośrednie rozwinięcie historii woja o zmiennym spojrzeniu na swoją przynależność, konsekwentnie brnie w kierunku ściśle określonym przez poprzedniczkę. Tym sposobem czytelnik ponownie trafia w środek wojennego zgiełku na froncie angielsko-duńskim, gdzie szala zwycięstwa przechyla się chętnie, a często i zazwyczaj nieprzewidywalnie. Czytaj dalej

Reklamy

Ostatnie Królestwo – Bernard Cornwell

Wikingowie to bardzo wdzięczny temat. W zasadzie tak wdzięczny, że do bólu eksploatowany na wszelkich możliwych płaszczyznach. Umówmy się, tak jak każde dziecko potrafi bezbłędnie zidentyfikować wszystkie teletubisie z imienia, tak każdy czytelnik zapytany o wizerunek wikinga bez namysłu odpowie, że to taki przerośnięty pan w rogatym hełmie, paradujący z absurdalnie wielkim toporem. Rzeczony pan, nota bene, trudni się wojaczką wszelaką, to też z imieniem Thora na ustach, a smoczym statkiem pod obłoconymi buciorami napada, pali, gwałci i morduje. Tyla. Z faktami się nie dyskutuje. Czytaj dalej


Excalibur – Bernard Cornwell

To już trzeci tom trylogii arturiańskiej. Ostatni. Zawsze mam obawy co do ostatniego tomu, a w wypadku „Excalibura” miałem ich jeszcze więcej. Ile to już razy autorzy prowadzili nas przez fabułę, rozwijali wątki, budowali atmosferę i napięcie tylko po to, by wszystko zepsuć na ostatnich stronach. Jestem wybredny. Tak już mam. Mierzi mnie, gdy autor przyzwyczaja się do swoich bohaterów tak bardzo, że nie jest w stanie się z nimi rozstać. Denerwuje mnie ogromnie, gdy wszystko jest podane na tacy, jak gdyby czytelnik sam nie potrafił dojść do określonych wniosków. Kończyć trzeba umieć. Taka prawda. Czytaj dalej


Nieprzyjaciel Boga – Bernard Cornwell

Ledwie skończyłem się ślinić nad „Zimowym monarchą”, a w moje wredne rączki wpadł drugi tom trylogii arturiańskiej. Od razu wiedziałem, że nie będzie lekko. Po pierwsze gruczoły ślinowe zaczęły pracować, a po drugie przygoda z poprzednią częścią nauczyła mnie, że w tym konkretnym przypadku nie ma mowy o półśrodkach ze strony czytelnika. Czytanie z doskoku odpada. Dawkowanie sobie przyjemności na przestrzeni tygodnia, dwóch odpada. Na dobrą sprawę spanie też odpada, bo jest to niewątpliwie jedna z tych powieści, przy której pojawia się jakiś niezwykły imperatyw nakazujący siedzieć i czytać. Tak też posłusznie usiadłem i przeczytałem. W jakieś półtora dnia. Czytaj dalej


Zimowy Monarcha – Bernard Cornwell

Trylogia otwarta przez “Zimowego monarchę” odniosła całkiem znaczny sukces i jak wszystko co powszechnie chwalone, zbudziła we mnie pewne obawy i niechęć. Sceptyczne bydle ze mnie, tak już mam. Jakby tego było mało, opowieść tyczy się kotleta odgrzewanego do obrzydzenia, czyli mitów arturiańskich. Trudno mi sobie wyobrazić gorszą pozycję, z której mógłbym rozpatrywać dany tytuł. No, może gdyby na okładce widniało „Duchowy następca trylogii Zmierzchu”, ale w takim układzie po prostu bym po nią nie sięgnął. A jednak, mimo wszelkich przeciwności, ogólnej awersji oraz mojego nieuleczalnego zacietrzewienia na postępującą eksploatacje tych samych motywów, książka mnie porwała. Jak takie tu serwują kotlety, to ja się piszę na dokładkę. Czytaj dalej