Opublikowany w Vladerik

Zimowy Monarcha – Bernard Cornwell


Trylogia otwarta przez “Zimowego monarchę” odniosła całkiem znaczny sukces i jak wszystko co powszechnie chwalone, zbudziła we mnie pewne obawy i niechęć. Sceptyczne bydle ze mnie, tak już mam. Jakby tego było mało, opowieść tyczy się kotleta odgrzewanego do obrzydzenia, czyli mitów arturiańskich. Trudno mi sobie wyobrazić gorszą pozycję, z której mógłbym rozpatrywać dany tytuł. No, może gdyby na okładce widniało „Duchowy następca trylogii Zmierzchu”, ale w takim układzie po prostu bym po nią nie sięgnął. A jednak, mimo wszelkich przeciwności, ogólnej awersji oraz mojego nieuleczalnego zacietrzewienia na postępującą eksploatacje tych samych motywów, książka mnie porwała. Jak takie tu serwują kotlety, to ja się piszę na dokładkę.

Króla Artura zwykle wyobrażamy sobie w pełnej zbroi płytowej z lancą w ręku i Ekskaliburem przy pasie. Zasiada oczywiście przy okrągłym stole gdzieś na zamku Camelot i towarzyszy mu grupa dzielnych rycerzy. Kochamy ten wizerunek. Kochają go media, reprodukując w niezliczonej liczbie filmów oraz pisarze, przytaczając go w swoich powieściach. Nie ma znaczenia, że w 5-6 wieku n.e. nie mogło być mowy o płytówkach, lancy jeszcze nie wymyślono, rycerze byli częścią systemu feudalnego rozwiniętego nieco później, a murowany zameczek to mogli co najwyżej postawić Rzymianie, którzy, nawiasem mówiąc, zawinęli żagle na jakiś czas przed pojawieniem się Artura. Do tego uparcie widzimy Artoriusa jak ugania się za Świętym Grallem i nikomu nie przeszkadza, że w tym czasie Chrześcijaństwo w odizolowanej Brytanii co najwyżej stawiało pierwsze kroczki. Mało tego, upodobaliśmy sobie taki obraz do tego stopnia, że w ogóle trudno z nim dyskutować.

A jednak Bernard Cornwell podejmuje dysputę, obdzierając mit z wszelkich upiększaczy, a przy tym zachowuje wszystko to, co zawsze stanowiło o sile bohaterów okrągłego stołu. Pokazuje wyniszczoną wewnętrznymi wojnami pogańską (na razie) Brytanię, która rozpaczliwie próbuje bronić się przed saksońskimi najeźdźcami. Wspaniale kreśli bohaterów, plamiąc ich domniemaną nieskazitelność, co sprawia, że wydają się być bardziej rzeczywiści niż kiedykolwiek przedtem. Wszystko to okraszone jest postępującym konfliktem między starymi obrzędami, a nową wiarą oraz opatrzone dobrze zbudowaną narracją i intrygującymi niedopowiedzeniami. Ponadto, nadal mamy do czynienia z historią o królu Arturze, w której mnóstwo jest wątków miłosnych, poczucia wielkiej misji oraz magii, przy czym rzeczona magia nie sprowadza się do miotania kulami ognia, czy przyzywania burz z piorunami, a stanowi coś dużo bardziej tajemniczego, a pozostawionego pod osąd czytelnika.

Głównym bohaterem jest w pewnym sensie Artur, ale tak naprawdę śledzimy losy jednego z jego wojowników, Derfela, który relacjonuje wszystko co przeżył i zobaczył. Narracja jest prowadzona z perspektywy pierwszej osoby za pośrednictwem historii, jaką Derfel, już jako starzec nawrócony na Chrześcijaństwo, spisuje dla pewnej damy dworu, regularnie odwiedzającej go w klasztorze. Ta ostatnia reprezentuje zaślepioną miłość do fantazji i upodobanie do przygód Artura takimi jakie je sobie wyobraża, to też Derfel spisuje wszystko ze świadomością, że oddając jego dzieło do przekładu jego pani zamieni to i owo. Ot, żeby było piękniej i bardziej bohatersko. Z tego też względu Derfel czasem idzie na kompromisy. Na ten przykład nazywa miecz Artura mianem Ekskalibur, choć zaznacza, że jego nazwa była zupełnie inna. Częściej jednak jest nieugięty i opisuje wszystko po swojemu, choć doskonale wie, że wszystko najpewniej będzie przeinaczone. Mamy też swego rodzaju interludia, kiedy to nasz stary skryba wdaje się w dyskusję ze swoją zleceniodawczynią, gdzie ona poddaje wątpliwości jego słowa, a on tłumaczy, że to co bardowie mówią o wielkich ludziach, niekoniecznie jest tym, co wydarzyło się naprawdę. Fantastycznie zaznaczona próba sił między historią spisaną przez Thomasa Malory’ego w „Le Morte d’Arthur” (twórcy wizerunku Artura w postaci, jaką znamy po dziś dzień), a osobistym spojrzeniem Bernarda Cornwella.

Choć oglądamy świat oczami Derfela, duży nacisk położony jest na samym Arturze i poczynaniach jego oraz ludzi z jego otoczenia. Nie braknie bohaterów i czasem warto zajrzeć na pierwszą stronę, gdzie znajduje się mapa ówczesnej Brytanii oraz spis postaci. Nie jest to natomiast konieczne, ponieważ autor prowadzi nas za rękę i opisuje wszystko tak dobrze, że po kilkudziesięciu stronach świetnie już orientujemy się kto jest kim. Zasługa w tym przypada również samej kreacji bohaterów, ponieważ nie są to sztampowe marionetki, które łatwo zapomnieć. Artur jest wielkim wodzem, wiedzionym głównie ambicjami i marzeniami, a do tego targają nim wieczne wyrzuty sumienia. Co ciekawe, nie brakuje mu próżności. To stąd jego przypodobanie do błyszczących zbroi i przybranych piórami hełmów, choć zupełnie nie nadają się one do walki. Poza tym codziennie płucze zęby solą, żeby ładnie lśniły. Mamy Merlina, mojego absolutnego ulubieńca, o którym jest co prawda niewiele, ale kiedy już się pojawia, czyni niemało zamieszania. Jego motywy są przez długi czas utrzymywane w sekrecie, ale ewidentnie jest zadrukowany na sobie tylko znanych celach i staje po stronie, która akurat najbardziej mu odpowiada. Lancelot, opiewany przez Malory’ego jako rycerz bez ziemi i wielki bohater jest tutaj ważną postacią, owszem, ale za to tchórzliwą i pyszałkowatą. Szczerze mnie denerwował, ale w taki sposób, że nie można odmówić autorowi kunsztu. Jestem zresztą zdania, że o przekonującego antybohatera bodaj trudniej niż o postać kochaną przez wszystkich. W „Zimowym monarsze” mamy niewątpliwie do czynienia z plejadą świetnie skonstruowanych postaci. Owszem, bohaterów i czempionów jak się patrzy, ale nie bez skazy.

Na osobną uwagę zasługują elementy religii i magii. W czasach Artura wiara w starych bogów nadal cieszy się ogromnym szacunkiem wśród obywateli Brytanii i druidom wolno swobodnie spacerować nawet podczas bitwy. Nikt ich palcem nie tknie. Wszyscy też chętnie wierzą we wszystkie ich sztuczki, więc na dobrą sprawę trudno określić ile w tym magii, a ile przesądów. Zresztą, to właśnie jest w tym wszystkim piękne. Czy kiedy druid rzuci zaklęcie zagradzające przejście wszystkim wkoło, to czy ludzi rzeczywiście odpycha magia, czy też obawa przed magią? Czy jak biją pioruny i szaleje burza, to znaczy że druid wyprosił błyskawice u bogów, czy po prostu wykorzystał naturalne zjawisko, żeby pokazać jaki jest fajny i silny? Nie ma jednoznacznej odpowiedzi, ale bezapelacyjnie druidzi nadal mają swoje znaczne wpływy w każdej dziedzinie życia. Nie jest im jednak lekko, bo z każdym dniem przybywa wyznawców obcej religii, nijakiego Chrześcijaństwa, a co za tym idzie, poparcie dla druidyzmu słabnie. Świetnie eksploatowany motyw. Oby kolejne tomy wykorzystały potencjał stworzony przez „Zimowego monarchę”.

Powieść połknąłem właściwie w dwa wieczory, przy czym drugi wieczór przeszedł już w świtanie. Przyznam, że dawno nie spędziłem całej nocy przy książce i sądzę, że już sam ten fakt najlepiej oddaje frajdę, jaką czerpałem z „Zimowego monarchy”. Moje początkowe nastawienie mogło być nieco krzywdzące, ale szybko okazało się, że książka broni się sama. Nie mogę powiedzieć, że absolutnie nie ma żadnych wad, ale są one nieznaczne, albo uciążliwe wyłącznie dla pewnej określonej grupy czytelników. Otóż, Cornwell sporo odnosi się do polityki, więc jeśli nudzą Was dywagacje na temat tego kto z kim ma się żenić, jakie sojusze należy zawiązać, a które zerwać, może być miejscami ciężko. Imiona bohaterów i miejsc są w głównej mierze staroangielskie, więc można chwilami się zakręcić i nieodzownym jest wtedy konsultowanie się ze spisem postaci i mapą. Nade wszystko jednak, jeśli jesteście wiernymi fanami mitów arturiańskich, jakimi raczył Thomas Malory i wszyscy po nim, niektóre elementy mogą być trudne do zaakceptowania. To nie jest typowe fantasy i nie uświadczycie tutaj smoków i czarów w rozumieniu Andrzeja Sapkowskiego, czy Jarosława Grzędowicza. Autor „Monarchy” przeplata umiejętnie swoją niewątpliwą wiedzę historyczną z fikcją i buduje obraz tyleż przekonujący, co niezwykły i godny polecenia.

 Ocena 5,5/6

Vladerik

Jedna myśl na temat “Zimowy Monarcha – Bernard Cornwell

  1. Już wcześniej zastanawiałam się nad przeczytaniem tej książki, a po przeczytaniu twojej recenzji chyba na pewno 😛 po nią sięgnę 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s